Komiks (27) Literatura (10) Sztuka (10) Ameryka (9) Film (9) Prasa (5) Seriale (3) Ilustracja (2) Reklama (2) Ziny (1)

poniedziałek, 9 marca 2015

:: Codzienna niecodzienność ::

Zapraszam do lektury mojego tekstu o autobusowo-komiksowej tematyce dla "Zwykłego Życia":

Być może powinnam zacząć od podróży autobusem, bo to ona właśnie stanowiła kontekst, w jakim czytałam Podgląd Daniela Chmielewskiego i Marcina Podolca. Od kilkudziesięciu minut (tak, mam daleko do pracy) spędzonych pośród ludzi, których w jakimś sensie łączy droga/trasa, ale pod wieloma innymi względami dzieli cel. Usadowiona gdzieś przy oknie i zwrócona tyłem do kierunku jazdy, już od pierwszego przystanku zamierzałam po prostu uskuteczniać lekturę, zamykając się tym samym na pozostałe bodźce zewnętrzne. W trakcie czytania okazało się, że takie zestawienie prywatnych przeżyć (do których zaliczam odbiór książki/komiksu) i sfery publicznej dobrze wpisuje się w tematykę Podglądu. (Czytaj dalej)

piątek, 16 stycznia 2015

:: Sekunda i pięć tysięcy kilometrów różnicy ::


Mój noworoczny tekst dla "Zwykłego Życia":

Są takie historie, które zapadają głęboko w pamięć, zmieniając nasze postrzeganie. Obrazy, które – uśpione pod warstwami codziennych zdarzeń – powracają do nas w najmniej oczekiwanych momentach. Sprawiają, że zapominamy o naglących obowiązkach, nasze nogi już nigdzie nie śpieszą, a spojrzenia stają się nieobecne. To takie chwile, gdy dajemy nura wewnątrz siebie, by wczuć się w resztki wspomnień rezonujących jeszcze gdzieś po naszych głowach. W albumie „Pięć tysięcy kilometrów na sekundę” Manuele Fior nakreśla właśnie taką opowieść pełną prostych, akwarelowych rysunków, pięknych ujęć i klimatycznych scenerii. Historię wrażeniową, która stała się niezwykle ważna dla co najmniej jednego z jej bohaterów. (Czytaj dalej)

wtorek, 11 lutego 2014

:: Historia pewnego smaku ::

W grudniu 2013 zadebiutowałam na stronie "Zwykłego Życia" krótkim tekstem o pewnym komiksie Bastiena Vivèsa. Postanowiłam przypomnieć fragment tego tekstu na Tkaninie syntetycznej. Zapraszam do lektury!

Kadry niemal bez reszty zatopione w ciszy, a przy tym ożywione płynnymi – choć nieraz nieco niezdarnymi – ruchami. Czas wypełniony swoistą choreografią: powtarzalnymi, rytmicznymi gestami, przeciągłymi bądź krótkimi, ukradkowymi spojrzeniami. Turkusowa woda rozmywająca wszelkie kontury i zniekształcająca formy – to pierwsze wrażenia, jakie pozostawia po sobie Der Geschmack von Chlor (po polsku: smak chloru) Bastiena Vivèsa. Czytaj całość na "Zwykłe Życie".

niedziela, 3 listopada 2013

566 kadrów z życia

Ograniczona kolorystyka, uproszczone i świetne w swej koślawości rysunki, przemyślane kompozycje oraz mnóstwo wątków nierządzących się prawami chronologii. To pierwsze elementy, jakie rzucają się w oczy podczas lektury 566 kadrów Dennisa Wojdy.

Początkowo pomyślany jako projekt internetowy, mający trwać przez rok i mieścić się na 366 kadrach, teraz trafia w ręce czytelników w formie papierowej, jako całość domknięta pomiędzy grzbietem, przednią a tylną częścią okładki i rozmieszczona na 566 kadrach, po dwa na stronę.

Przez około półtora roku Dennis Wojda niemal codziennie publikował na swoim blogu jeden kadr komiksu, w którym opowiadał historię inspirowaną rodzinnymi anegdotami. Miał to być eksperyment – 1 komiks w 1 rok, 366 kadrów na 366 dni (tyle co w roku przestępnym). W blogosferze, gdzie pierwotnie dzień po dniu ukazywał się komiks, autor napisał, że pragnął, aby jego projekt przypominał strumień świadomości, tyle że w zwolnionym tempie. I rzeczywiście konstrukcja 566 kadrów budzi skojarzenia z językiem mówionym, płynącym w swobodnym tempie ustnym opowiadaniem, a wreszcie z anegdotami. Ma w sobie też dużo lekkości.

Chociaż autor komiksu nie stronił od wątków trudnych, zahaczających o wielką historię, to nie zamierzał – jak mniemam – dogłębnie rozprawiać się z własną przeszłością, dziejami swojej rodziny, czy też ojczystego kraju. W przeszło pięciuset przeważnie jedno- lub dwuplanowych kadrach Wojda swobodnymi, koślawymi liniami nakreśla różne momenty z życia swojej rodziny – życia, które jego bliscy dzielili ze sobą, a jednocześnie przeżywali je w sposób jednostkowy. Przywołuje momenty ważne, przełomowe, ale też te zwyczajne, których urok tkwi w prostocie. A wszystkie z nich zdają się w jakiś sposób prowadzić do dnia narodzin autora. 566 odcieni rodzinnej, szarej codzienności... niektóre z nich lekko ubarwione.
W swoim albumie Wojda znalazł miejsce dla odrobiny muzyki, a nawet udało mu się wpleść w opowiadaną historię kilka wątków związanych ze znanymi artystami. Nie ma jednak wątpliwości, że pierwsze skrzypce grają w komiksie rodzina, jej opowieść, a także silne więzy, które daje się odczuć między bohaterami nawet mimo ich częstej rozłąki. To one – oprócz kompozycyjnej klamry w postaci narodzin małego Dennisa – stanowią główne spoiwo dla zebranych w komiksie wątków.

A skoro już o klamrach mowa, to warto się przyjrzeć tej zastosowanej przez Wojdę. Przyjście na świat nowego człowieka jest w 566 kadrach przedstawione zarówno jako punkt wyjścia – początek historii, ale jednocześnie rezultat tego, co (w jego rodzinie) zdarzyło się przedtem. Inaczej rzecz ujmując: jest początkiem i nim nie jest. Autor, zgodnie z mottem otwierającym album, ani chronologii ani początków i zakończeń nie traktuje bowiem wiążąco. Historia ma dla niego charakter płynny, wszystko co nowe jest nośnikiem „starego”, a „stare” zapowiedzią nowego.

O to właśnie zdaje się chodzić w projekcie 566 kadrów, który w każdym nowym odcinku (kadrze) niósł ze sobą część tego, co było wcześniej i tego, co nadejdzie. W tym tkwi jego największa siła. W przypadku wydania papierowego czytelnik nie jest w stanie w pełni doświadczyć 566 kadrów w tej odcinkowej formie. W jego ręce trafia już pewna całość, którą czyta się, płynnie prześlizgując się z kadru na kadr, bez długiego oczekiwania na następny. W odróżnieniu od internautów, którzy kiedyś na bieżąco mogli śledzić rozwój opowieści w blogosferze, czytelnik papierowej wersji nie doświadcza tego, jak ów projekt rozwijał się w czasie. Jak z pojedynczych kadrów z dnia na dzień powstawała spójna opowieść.

Trudno wyobrazić sobie jednak inny/lepszy finał takiego przedsięwzięcia. W końcu Wojda przez cały czas powstawania komiksu splatał ze sobą rodzinne anegdoty, dążąc do tego, by z tych osobnych historyjek i pojedynczych (tylko z pozoru odrębnych) kadrów stworzyć jedną opowieść. Album 566 kadrów jest dowodem, że udało mu się to zrobić i to na tyle sprawnie, że historia nie wydaje się nazbyt grubymi nićmi szyta, a kadry połączone zostały w plansze w sposób niemalże „bezszwowy”. Co więcej, komiks jest estetycznie wydany, każda strona ładnie zakomponowana i całość ucieszy zapewne niejedną parę bibliofilskich rąk oraz oczu.


*Recenzja pierwotnie ukazała się w 16. numerze "Zeszytów Komiksowych".

niedziela, 23 grudnia 2012

:: Angielskie nieporozumienie ::

W swoim debiutanckim albumie Agata Wawryniuk wzięła na warsztat temat związany z wakacyjnymi podróżami. Na próżno w nim jednak szukać beztroski, słońca, turystycznych atrakcji czy opalonych brunetów wieczorową porą. W końcu to nie ciepła, Allenowska wizja Katalonii rodem z Vicky Cristina Barcelona, ale letni urlop po studencku i po Polsku. A więc nie dość, że na Wyspach Brytyjskich, to jeszcze na przysłowiowym „zmywaku”.

Rozmówki polsko-angielskie Agaty Wawryniuk stanowią relację z krótkiego letniego wypadu o dosyć pragmatycznym, bo zarobkowym charakterze. Wyjazdu autentycznego – jak można wywnioskować z krótkich notek zamieszczonych na skrzydełkach okładki – i zainspirowanego głównie nudą, polską smutą. Bohaterowie historii podążają za mitem Wielkiej Brytanii jako swoistego rogu obfitości – kraju dobrobytu, opływającego w korzystne oferty pracy i wszelkiego rodzaju świadczenia socjalne. Naturalnie pomiędzy pielęgnowanym w Polsce wyobrażeniem i angielskimi realiami istnieje rozdźwięk, którego stworzone – przynajmniej w sensie rysunkowym – przez Wawryniuk postaci doświadczają dopiero na miejscu. Wówczas to pojawia się rozczarowanie i na kolejnych kartach albumu autorka konsekwentnie odmienia je przez wszystkie przypadki.

Anglia okazuje się być krajem obfitującym głównie w koczujących w agencjach pracy bezrobotnych, leniwych i otyłych Brytyjczyków, wyzyskiwaczy, cwaniaków, wulgarnych typów i Polaków spod ciemnej gwiazdy. Gdzieś pośrodku tego nieciekawego towarzystwa lądują zdezorientowani główni bohaterowie opowieści, czyli Szymon, Marcel i Aga. Krótko mówiąc, sytuacja wyjściowa tej trójki przyjaciół jest niezbyt ciekawa. Już na samym początku znajdują się w dołku, z którego wcale nie jest im łatwo się wygrzebać.

Ojczyzna Beatlesów i Jamesa Bonda jest dla trojga bohaterów dostępna jedynie od zaplecza, w jak najbardziej dosłownym tego słowa znaczeniu, gdyż właśnie tam spędzają większość czasu, pracując. Nie cieszą się konsumenckimi przywilejami czy turystycznymi atrakcjami. Wykonują prace poniżej własnych kwalifikacji i z ich punktu widzenia angielski krajobraz to pasmo fabryk, w których nikt nie słyszał o BHP, brudnych domów i równie nieczystych naczyń. A oprócz różnic kulturowych i niebezpiecznych nieraz prac muszą się jeszcze borykać z barierami językowymi. Brytyjska ludność przemawia bowiem do nich niezrozumiałym dialektem, którego nie mieli szans nauczyć się w Polsce.

Miejscowość, w jakiej przebywają główne postaci albumu nie ma zbyt wiele wspólnego z fascynującymi wielkomiejskimi mitami, które napotkać można w popkulturze, bądź na kartach turystycznych przewodników. A lokalne dialekty nijak się mają do języka panoszącego się po kieszonkowych wersjach tzw. „rozmówek”. Komunikacja pomiędzy polskimi i brytyjskimi bohaterami komiksu nie przepływa równie sprawnie, jak to ma zazwyczaj miejsce w tego typu książeczkach. Brakuje w niej wspólnych punktów odniesienia, a w szczególności kulturowych ekwiwalentów. Rozmowy pomiędzy komiksowymi przedstawicielami tych dwóch narodowości nie sięgają głębiej niż small talk, a ich relacje są raczej oficjalne, związane z pracą i mimo że na pierwszy rzut oka wszystko powinno działać jak trzeba, to jedne i drugie opierają się na wzajemnym braku zrozumienia. A w zasadzie to braku chęci i potrzeby porozumienia.

Ten osobliwy rodzaj komunikowania autorka wykorzystuje w swoim albumie w dość interesujący sposób. Wawryniuk syntezuje swoją osobistą w gruncie rzeczy historię, pozbawiając ją idiosynkrazji – detali właściwych jedynie jej i osobom, z którymi podróżowała. Przyjmuje w komiksie uproszczoną formę i niespecjalnie zależy jej na ukazaniu pogłębionej psychologii bohaterów (zwłaszcza tych anglojęzycznych). Wydaje się, że ową symplifikację stosuje celowo, by dopasować swoją historię do formuły tytułowych rozmówek polsko-angielskich. A zatem w jej komiksie rzeczywiście stereotypowy Polak spotyka stereotypowego Anglika i żaden z nich nie próbuje przekroczyć granicy powierzchowności – żaden nie sięga głębiej. Pierwszego nie interesują kulturowe niuanse, bo chce jedynie dobrze zarobić i wracać do domu, drugi zaś potrzebuje sprawnego pracownika (niekoniecznie wielokrotnego użytku).

Zupełnie innym zjawiskiem są w komiksie Wawryniuk dyskusje, które mają miejsce między Polakami. Po pierwsze, z oczywistych względów występują one w albumie częściej niż rozmowy anglojęzyczne. Po drugie należą one do czynności praktykowanych niejako pod radarem Wyspiarzy, którzy z języka polskiego znają zaledwie parę słów, jeśli w ogóle. Taki stan rzeczy daje Polakom nie tylko sposobność do budowania pozorów swojskości "na obczyźnie"  oraz uprawiania w pracy tzw. "prywaty" (np. plotkowania), ale również kombinowania, załatwiania szemranych interesów. To ostatnie staje się powodem do zażenowania dla Agi, Szymona i Marcela, którzy nie spodziewali się, że przyjdzie im przekonywać się na własnej skórze o prawdziwości obiegowych i - dodajmy - negatywnych wyobrażeń o rodakach za granicą.

W wykonaniu Agaty Wawryniuk rozmówki polsko-angielskie stanowią więc przede wszystkim opowieść o mitach i stereotypach. To głównie owe kulturowe klisze zasilały bagaż trojga przyjaciół podczas podróży na Wyspy i z powrotem. Jedynym, co zmieniło się w czasie dzielącym dwie przebyte przez nich odprawy lotnicze, to charakter wspomnianych klisz. Z początkowych pozytywów, na koniec wyszły bowiem negatywy. Inaczej rzecz ujmując, przysłowiowa zieleńsza trawa po drugiej stronie płotu, po prostu wypłowiała. Natomiast ta sama Polska, która dla Szymona, Agaty i Marcela zionęła wcześniej nudą, nagle zaczęła mienić się bogactwem niuansów i ciekawych perspektyw na przyszłość.

Debiutancki album wrocławskiej rysowniczki nie opowiada o życiu w nowym języku, przedzieraniu się przez kulturowe bariery i nieustannym tresowaniu narządów mowy. Inaczej niż na przykład w Zagubionym w przekładzie Evy Hoffman czy Persepolis Marjane Satrapi, nie zostały w nim opisane problemy towarzyszące konieczności ingerowania we własną tożsamość, wewnętrzny kulturowy software – ten sam, który nakazuje jednym poruszać się jezdniami w trybie lewostronnym i nazywać frytki chipsami, a innym nosić stroje, które w swojej obszerności i bezkształtności pochłaniają ciało od stóp do głów, z wyłączeniem oczu i dłoni.

Rozmówki polsko-angielskie nie odsłaniają kulisów długotrwałego i trudnego procesu translacji, a demonstrują poszukiwanie pierwszych lepszych ekwiwalentów pod ręką. Album ten traktuje o tym, jak niewielką rolę odgrywa kontekst kulturowy dla turysty osobliwego - takiego, który nie wypoczywa i nie zwiedza. Dla dorabiającego w wakacje studenta, który przepływa przez zaplecza kuchenne i schowki na miotły obcego kraju, zaglądając „tambylcom” nie w oczy, a do kieliszka i talerza. Opowiada o fenomenie pracy tymczasowej dotyczącym pokolenia polskich dwudziesto- i trzydziestoparolatków oraz towarzyszących mu kulturowych wyobrażeniach.

Komiks ten mówi gorzką prawdę, ale – jako że autorka przyjmuje w nim konwencję sprowadzającą wszystko do formy stereotypu – tylko częściową. Jednocześnie osładza ją poprzez utrzymaną w cartoonowej estetyce warstwę wizualną. To właśnie dzięki tej eklektycznej płaszczyźnie obrazkowej, którą Wawryniuk we właściwy sobie sposób zaludniła świetnie zaprojektowanymi postaciami o różnorodnych, przezabawnych fizjonomiach, opowieść zyskuje na odrobinie humoru.

Oczywiście zarówno tę uproszczoną konwencję, jak i lekki ton warstwy wizualnej można by potraktować jako zarzut, twierdząc, że opowieść wrocławskiej artystki jest najzwyczajniej w świecie błaha. Jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że autorka świadomie zagrała formułą „rozmówek” - kliszą i mitem. Zrobiła to, by podkreślić pozorność, fasadowość komunikacji między bohaterami dwóch narodowości oraz odbywające się pod nosami Wyspiarzy emigranckie dyskusje. Ponadto, zwróciła uwagę na mentalność Polaków wyjeżdżających za granicę oraz wizję łatwego zarobku, która przemawia do nich niezmiennie od dziesiątek lat. Na mit, który mimo że ciągle zmienia długość i szerokość geograficzną, to jednak pozostaje ten sam.


Więcej o komiksie przeczytać można na stronie wydawcy.

piątek, 21 grudnia 2012

::Wielki atlas, luźne związki i drobne aberracje::

W ostatnim numerze "Zeszytów Komiksowych", tym poświęconym twórczości Śledzia, ukazała się moja recenzja Wielkiego atlasu ciot polskich. Jeśli nie mieliście okazji tego tekstu przeczytać, a jesteście ciekawi mojej opinii na temat wspomnianego albumu, to zapraszam do lektury.


Okładka kokietuje nieco staromodnym wąsikiem, a zawartość uderza różnorodnością, dystansem i świeżością. Wydany nakładem Ha!artu Wielki Atlas Ciot Polskich to nie odgrzewany kotlet z Lubiewa, ale ciekawe połączenie dwóch tematów, które w Polsce niezmiernie rzadko idą w parze. Spotkanie komiksu i homoseksualizmu – bo o nim tu mowa – to dobry pretekst, by pomówić o kulturowych niszach oraz inności, nie tylko seksualnej.

Koncepcja graficznej adaptacji powieści Michała Witkowskiego może wydawać się prosta. Pomysłodawcy tego albumu dalecy byli jednak od oczywistego podejścia do tematu, które nakazałoby im zgromadzić bohaterów książki, usystematyzować i przedstawić ich losy w sposób boleśnie wierny oryginalnej opowieści i pozostawiający niewiele miejsca dla wyobraźni. Zamiast zaserwować czytelnikom wielki atlas ciot, wprost, bez ogródek, potraktowali Lubiewo jako impuls do stworzenia czegoś więcej tj. rozległej – choć niewyczerpującej – topografii komiksu i okolic.

Oprócz przegiętych bohaterów z kart powieści, w antologii zebrano grono artystów wywodzących się z różnych zakątków kultury wizualnej. Dzięki temu otrzymano dwadzieścia osiem różnych spojrzeń na „ciotowski Dekameron” Witkowskiego oraz tyle samo mniej lub bardziej komiksowych dialektów twórczych. To właśnie na płaszczyźnie wizualnej czytelnik doświadczyć może „atlasowego” bogactwa, różnorodności oraz komiksowej inności albumu. W końcu do pracy nad nim zaproszeni zostali autorzy niekoniecznie traktujący medium komiksowe w sposób wiążący, przestrzegający określonych rygorów tworzenia. Co więcej, w Wielkim Atlasie... można odnaleźć prace zarówno rysowników doskonale poruszających się w rzeczywistości komiksu i trzymających się jego bardziej tradycyjnych form, jak i autorów, którzy mimo komiksowej biegłości pozwolili sobie na drobne aberracje, odstępstwa na rzecz form bliższych dizajnowi czy ilustracji niż klasycznym opowieściom w obrazkach.

Jak taka mieszanka wpływa na płynność lektury? Cóż, nie odbywa się ona ani gładko, ani linearnie. W momencie, gdy czytelnik przyzwyczaja się do rytmu opowiadania jednego artysty, zostaje z niego wytrącony przez kolejnego. Taki urok antologii, ale to nie wszystko, bo przy Wielkim Atlasie... ta sytuacja zostaje dodatkowo skomplikowana. Wielu współtworzących go artystów dąży do uniezwyklenia lektury, zmieniając jej kierunek oraz trajektorie; poszukując graficznej formy w tekście oraz skłaniając odbiorcę do lektury obrazów. Ponadto część z nich sprawiła, że opowieść wizualna płynie nieco innym torem – równoległym, a nieraz nawet przeciwnym – wobec tekstowej.

Wierność w stosunku do literackiego pierwowzoru bywa przez poszczególnych twórców różnie definiowana. Czasem ustępuje ona luźnym, niezobowiązującym związkom. Otwierająca antologię Aligatorzyca autorstwa Olgi Wróbel jest opowiedziana wiernie, w sposób klasyczny i bez przegięcia – ani graficznego, ani „ciotowskiego”. Również opierająca się na silnym kontraście Aptekara zachowuje swój charakter u Daniela Chmielewskiego, który zrezygnował z linearnego układu opowieści, by podkreślić relacje między postacią a jej tłem, otoczeniem. Po niej w albumie następuje Dianka, historia młodego, bezdomnego geja. W pierwszej odsłonie opowiedziana zdawkowo na afiszach, w manierze plakatowej, w drugiej, w opowieści Agaty Wawryniuk, pojawia się w formie cyfrowego melanżu foto-graficznego, zimnego, szarego i obojętnego. Autorki obu wersji stworzyły dość swobodne interpretacje książkowej historii.

Opowieści o takich postaciach, jak Łucja Kąpielowa to z kolei przesyt barw cukierkowych. W połączeniu z kreską Daniela Gutowskiego skutkują one wewnętrzną sprzecznością pomiędzy warstwą wizualną a poruszaną – smutną w gruncie rzeczy – tematyką. Dysonans jak najbardziej na miejscu, jeśli wziąć pod uwagę charakter i ton pierwowzoru. Słodka jest też plażowa opowiastka Ady Buchholz i różowa Paula Ewy Juszczuk. Nie ma w nich jednak takiego przegięcia, jakiego doświadczyć można w historii Macieja Pałki i Karola Konwerskiego, którzy postawili na formę plotkarską, wręcz pudelkową .


Najciekawszą grę z oryginalną opowieścią, otwiera Balbina Bruszewska, operująca przegięciem i estetyką kampową we Fredce. Autorka nie szczędzi Lubiewu zabawnych komentarzy, które swobodnie wtrąca na planszach pokrytych ilustracjami oraz fotografiami z innej czasoprzestrzeni. Co więcej, w zasadzie to jedna z niewielu prac, w których pojawia się stylizacja na epokę, staromodna estetyka, jakiej bohaterowie powieści doświadczali jedynie w formie urojeń, wyobrażeń budowanych na przekór przaśnym realiom PRL-u. Do estetycznych fantazji peerelowskich ciot nawiązuje też co prawda Janek Koza, ale u niego chodzi o blichtr z gatunku telewizyjnych, a zatem o tęsknotę za pięknem nowym, zachodnim. Inaczej do tego samego tematu podszedł Maciej Sieńczyk, sprawiając że zgniły tapczanowo-zasłonowy koloryt otaczającej rzeczywistości zdominował, a nawet wyparł, wszelką egzotykę z marzeń bohaterów.

A pozostałe części Atlasu? Fragmenty zatytułowane Piersi, Przemiany, Gizela i Grupa z Poznania zwracają uwagę zerowym poziomem emocji. Pierwsza z powyższych opowieści jest dokonanym z lingwistyczną obojętnością przekładem tekstu na język graficzny. Podobnie wygląda to w Przemianach Agnieszki Piksy, chociaż u tej autorki pojawiają się interesujące, metamorficzne kształty zawieszone gdzieś pomiędzy rysunkiem, znakiem a komiksowym kadrem. Gizela w wydaniu Kuby Woynarowskiego to historia cioty uprzedmiotowionej. Narracja tekstualna spotyka się w niej ze schematem budowy magnetofonu (jego graficznym opisem), a napięcie literackie z elektrycznym. Schematyczny motyw ciekawie prezentuje się też w pracy Jacka Stefanowicza, w której opowiada on o grupie nowomodnych gejów jako o papierowych modelach – do wycięcia i sklejenia.


W postawie poszczególnych artystów wobec Lubiewa interesujące jest dodatkowo to, w jaki sposób odwoływali się oni do tematyki i estetyki homoseksualnej. W wielu historiach pojawia się znacząca paleta barw, w innych dominuje jedna – różowa. Tu i ówdzie zarysowuje się nieśmiały ornament, przegięty gest czy mina. We wspomnianej już wcześniej Fredce widać śmielszą grę kampem . Dobrze wypada pod tym względem praca Michała Rzecznika, który sięgnął do alegorii zwierzęcych i estetyki amerykańskiego podziemia, a także Mikołaja Tkacza, który z kolei wybrał ostre, odrealniające kolory, sugerując, że opowiada historię nie z tego świata. Polski ludowy akcent nadał tematowi Sławomir Shuty, który podsumował gejowską tematykę quasi-świętym oburzeniem, wziętym we właściwy sobie cudzysłów. W komiksie Krzysztofa Ostrowskiego pojawia się natomiast trafne zestawienie policyjnego munduru i ciotowskiego kostiumu. Czy można doszukiwać się w tym nawiązań do komiksowych wizerunków gejów stworzonych kilkadziesiąt lat temu m.in. przez Toma z Finlandii? Wydaje się, że twórcy Wielkigo Atlasu nie dążyli usilnie do dialogu ze stereotypowymi obrazami tego rodzaju.

Kwestie charakterystyczne dla komunistycznego pokolenia ciot – plagi, ekscesy, przerysowanie – autorzy w większości, podobnie jak Witkowski, pozostawili wyobraźni czytelników. W końcu te wszystkie epokowe kostiumy i wizje seksualności, których chwytali się bohaterowie Lubiewa, w binarnym świecie Rzeczpospolitej Ludowej nie ulegały materializacji. Z drugiej strony, warto zwrócić uwagę na to, że codzienność owych bohaterów uderzała charakterystycznym zapaszkiem polskich realiów i nie brakowało w niej przemocy, a i tych elementów rysownicy nie ukazywali szczegółowo, pod graficzną lupą, pozwalając by oddziaływały przede wszystkim poprzez warstwę tekstualną.

W Wielkim Atlasie Ciot Polskich powieść Witkowskiego przełożona została na język nie peerelowskiego, a bardziej współczesnego komiksu, często nie dającego się ująć w jakiekolwiek normy. Mimo to jej przywiązani do mroków PRL-u bohaterowie, którzy trzeciej RP nigdy nie wpuścili do domu, nie zostali poddani transformacji w papierowe modele typu „kopiuj/sklej” i zachowali zdolność pobudzania wyobraźni. Luźne związki z oryginałem, jakie można dostrzec w antologii, nie są jednak płytkie i raczej pozytywnie wpływają na lekturę. Bo – zmieniając nieco wypowiedź jednej z książkowych postaci – z wiernością, bliskością i przytłaczającą dosłownością, to ja nie chcę.

niedziela, 25 listopada 2012

:: Uroczo i absurdalnie ::


Historie o tym, w jakich okolicznościach dwoje ludzi może poznać się i zakochać potrafią być niesamowicie kameralne, osobiste, ale zdarzają się też takie, zakrojone na ogromną skalę z mnóstwem statystów i pobocznych wątków. Niewielkich rozmiarów książeczkę, która trafiła w moje ręce podczas tegorocznego MFKiG w Łodzi zdecydowanie można zaliczyć do tej pierwszej grupy. Wspomniany wcześniej temat został w owej drobnej publikacji podjęty w tak kameralny, prosty, bezpośredni i naiwny sposób, że można by ją łatwo posądzić o błahość. Jednak, moim zdaniem, byłoby to zbyt pochopne stwierdzenie.

Wydane nakładem Ładnego Halo Jak się poznaliśmy Joanny Guszty to uroczo absurdalna historyjka opowiedziana bez słów, ale za to przy pomocy wielu tekstur. Każda strona opowiastki imituje miękkość tkaniny. Imituje, bo jest tylko jej zeskanowanym wspomnieniem. Prawdziwych wrażeń dotykowych mogłaby dostarczyć jedynie lektura oryginału, ale i ta wydrukowana wersja niepozbawiona jest swego rodzaju wdzięku i tej bardziej metaforycznej, lub ujętej w cudzysłów „miękkości”.

Najwłaściwszymi słowami do opisania książeczki autorstwa Joanny Guszty wydają się prostota oraz przytulność. Opowiedziana przez ilustratorkę historyjka jest skromna, nieprzekombinowana, a także nie aspiruje do żadnych wielkich narracji. Jej lektura trwa zaledwie chwilę i jest niezmiernie lekka, przyjemna. Autorka przedstawia losy swoich bohaterów przy pomocy niezdarnie wyciętych kształtów i krzywo wyszywanych linii. Ogranicza świat przedstawiony do zaledwie kilku pomieszczeń i fragmentów pejzaży. Reszta jest dla niej milczeniem, wytłumionym hałasem, szumem lub po prostu nieistotnym detalem. Taki sposób opowiadania w swej naiwności przypomina twórczość dziecięcą.

To ostatnie skojarzenie ma jednak pozytywny wydźwięk. Książka jest efektem w pełni świadomych, trafnych działań ilustratorki. Wykorzystane przez autorkę motywy tekstylne po prostu „się kleją”, dobrze ze sobą współgrają. Natomiast koślawość form przydaje całej historyjce uroku. Nie ma w niej elementów czy też wątków szytych nazbyt grubymi nićmi. Na próżno też szukać w niej wrażeń mrożących krew w żyłach (bądź koszmarnych kompozycji). Można co najwyżej odnaleźć mrożonki kryjące całkiem miłe niespodzianki. Bo Jak się poznaliśmy to właśnie taka domowa, kuchenna opowiastka. Historyjka o samotności, gotowaniu, wózkach widłowych i nieoczekiwanych spotkaniach.

Więcej o tej oraz innych książkach wydanych przez Ładne Halo można przeczytać na stronie internetowej  oficyny. Zachęcam, naprawdę warto!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...