Komiks (27) Literatura (10) Sztuka (10) Ameryka (9) Film (9) Prasa (5) Seriale (3) Ilustracja (2) Reklama (2) Ziny (1)

niedziela, 29 maja 2011

:: Laboratorium Dextera :::


Włączając codziennie odbiornik telewizyjny, możemy oddawać się profilaktyce anestetycznej. Precyzyjnie złożona mozaika ramówki upłynnia różnice między faktem a fikcją, rozrywką a informacją, tworząc swego rodzaju beznamiętny amalgamat lub, jak kto woli, tzw. „ciepłą kluchę”. Zjawisko to sprawia, że podobnie jak owa ramówka, nasze emocje zaczynają przypominać szaroburą masę, którą uzyskać można wymieszawszy wszystkie kolory znajdujące się w opakowaniu plasteliny. Użyte przeze mnie porównanie niewiele ma jednak wspólnego z przedszkolnymi eksperymentami kolorystycznymi (czytaj: radosną twórczością). Nic bowiem dziecinnie radosnego w emocjonalnym odrętwieniu, które zdaje się być punktem docelowym podróży po kanałach telewizyjnych. 

Telewizja jest tu oczywiście jedynie przykładem zjawiska szerszej skali, które mówiąc krótko, umożliwia prowadzenie sterylnego, przeestetyzowanego dolce vita w całkowitym znieczuleniu... niemalże poza ciałem, bo to od jego brudów, nieczystych wnętrzności i potrzeb coraz bardziej się odcinamy. Paradoksalnie, mimo wszechobecnego kultu ciała, owa żywa plątanina tkanek, żył, kości i organów, zostaje zdegradowana do roli mięsnego stroju, który kształtujemy wedle upodobań. Formowanie ciała przyjmuje tu jednak nieco makabryczny charakter. Gdy się bowiem zastanowić, poddawane zostaje ono w ekstremalnych przypadkach surowym zabiegom i ciężkim wysiłkom, by następnie zostać owiniętym grubymi warstwami marketingowego software’u. Ostatecznie zostaje ono zatem w pewnym sensie zmumifikowane. Mumifikacja ta wykonywana jest z nabożnością godną pani z mięsnego, która zamaszystym ruchem dłoni owija wędliny w folię tak, aby klient nie musiał mieć bezpośredniego kontaktu z mięsem; by jego zapach i wypływające z niego ciecze nie przesiąkły jego dłoni. 

Ten mięsny, zdegradowany charakter ciała podkreślała w jednym ze swoich spektakli  (Babel) Elfriede Jelinek, poruszając przy tym (w ciekawy sposób) wiele wątków religijnych, w które nie chciałabym się tutaj zagłębiać. Obejrzenie okrutnego spektaklu, czy spektaklu okrucieństwa Jelinek (ale także np. Greenawaya) działa, przynajmniej na mnie, jak defibrylator. Sprawia, że wracam do swojego ciała, ze świadomością, że jeśli nie zerwę z siebie softwarowego, plastikowego kokonu, to zaraz się uduszę. Nagromadzenie przeżyć i negatywnych emocji działa zatem jak katharsis. Natychmiast ma się ochotę wskoczyć do wody, by niczym bohaterka Wynurzenia Atwood, wypłynąć na powierzchnię jako coś nieokreślonego, nieludzkiego – dzikus. Mimo wszystko jednak, wracam do domu i mantry codziennych spraw, a zatem wchodzę z powrotem do foliowego kokonu. Przybieram powłokę „schludnego potwora”, który pożera sterylnie opakowane mięso, warzywa modyfikowane i produkty pasteryzowane; który balsamuje się za życia i chroni przed zagrażającymi zdrowiu bakteriami, zapominając, że sam jest ich siedliskiem. Dlaczego przywołuję w tym miejscu tego rodzaju wizje? Do czego właściwie zmierzam? 

Wracając do tematu codzienności i telewizji , chciałabym zwrócić uwagę na fenomen serialu, ponieważ jest on niejednokrotnie gatunkiem tasiemca, przed którym się nie wzbraniamy, przez wzgląd na jego walory rozrywkowe, bądź terapeutyczne. Kazus, na którym pragnę się skupić nosi tytuł Dexter.   Jest to bowiem serial o „schludnym potworze”, który trwając na co dzień w emocjonalnym odrętwieniu, odkrywa w sobie podskórne pragnienie przeżywania codzienności, odczuwania jej w sposób niewytłumiony, nieuśpiony.  Z początku nie potrafi on nazwać, dookreślić owej potrzeby; nie jest jej w pełni świadomy. Uważa siebie za outsidera, który zagląda do wewnątrz; Innego, obcego, który dzięki umiejętnościom godnym kameleona (w innym jednak sensie niż u Cortazara) wtapia się w otoczenie, uchodzi za normalnego i pozostaje niezauważony. Jest świadomy swojej odmienności, co pozwala mu na dystans i chłodną kalkulację działań i gestów. Takie są również jego morderstwa – precyzyjne, dokonywane według racjonalnych kryteriów i, nade wszystko, sterylne. Warunki, w których zabija swoje ofiary, przypominają skrzyżowanie kostnicy, rzeźni oraz szpitala. Podobnie jest z jego strojem. Trudno orzec, czy wygląda on jak pracownik masarni, prosektorium, czy kliniki medycznej. Twórcy serialu, świadomie grają tutaj z widzem. Dexter bowiem opisuje widzianą przez siebie rzeczywistość, jako nieustanny spektakl  okrucieństwa nad ciałem (ludzkim i zwierzęcym). Podobnie jak on przy dokonywaniu swoich morderstw i usuwaniu ich dowodów, pracownicy rzeźni, mięsnego, restauracji, szpitala i kostnicy, dbają o sterylność, higienę, czystość miejsca pracy. Również sposób w jaki, przygotowuje on ciała ofiar i przestrzeń, w której ma zamiar je zabić, przypomina nabożeństwo, z jakim przeciętny człowiek zwykł owijać siebie i futerał swojego mieszkania kolejnymi warstwami plastikowego software’u. Jego nocna działalność zdaje się być równie mocno przeniknięta chłodem, anestetyką, jak codzienność makabrą i doskonale zdaje on sobie z tego sprawę. Dlatego też w szczególny sposób przedstawia widzowi wizytę w gabinecie dentystycznym, proces „obróbki” mięsa do posiłku, przygotowania  do Halloween, Serengeti zakupów w supermarkecie i wiele innych zjawisk, które napotkać można, lunatykując po meandrach codzienności. 

Dexter zdaje się mieć wszystko pod kontrolą. Przebudzenie, którego pragnie nadchodzi jednak mimowolnie, w sposób nieplanowany, wraz z przypływem nieświadomego. Na ironię, jest to fala krwi, z którą ma na co dzień do czynienia w pracy (a także po godzinach) i która nie przenika przez jego kombinezon, ani nie brudzi mu rąk, lecz trafia wprost do psychiki, otwierając drzwi do zapomnianego. W pierwszej serii Dexter bowiem odkrywa mroczne zakamarki swojej tożsamości, które przez lata drzemały wyparte w jego podświadomości. Paradoksalnie, mimo że jego oczy już dawno przywykły do mroku, owe odkrycia działają na niego oślepiająco. Zaczyna się miotać jak ćma, czuć, a więc odsłaniać swoje człowieczeństwo.  Od tamtej pory, jego „nocna działalność” nabiera dla niego wymiaru terapeutycznego, pozwala mu zmierzyć się z własną rodziną, przeszłością. Terapia jest motywem, który pojawia się w serialu także w formie dosłownej. W jednym z odcinków Dexter udaje się do psychoanalityka, a później (już w drugiej serii) na spotkania grupy walczącej z uzależnieniami. 

Terapeutyczna przede wszytkim zdaje się być jednak jego postać. Wielokrotnie pojawia się ona bowiem w zwykłych, prozaicznych kontekstach, w których zazwyczaj przeciętny obywatel tłumi swoją agresję, czy to wobec irytujących sąsiadów, wrednych byłych mężów, ciekawskich współpracowników i wielu innych. Wówczas ze strony Dextera pojawiają się wypowiedzi w stylu „mógłbym jej (lub sobie) to ułatwić , ale to byłoby złe” i odchodzi, tłumiąc w sobie chęć popełnienia niecnego czynu. Dzięki temu, jako postać o ludzkiej twarzy, z którą można się choć odrobinę identyfikować, działać on może podobnie jak tytułowy „Dzikus” w książce Davida Almonda. Mały człekokształtny potwór, którego chłopiec imieniem Blue Baker wymyślił w dzieciństwie, by móc poradzić sobie z trudnymi przeżyciami (m. in. śmierć taty), był chodzącym barbarzyństwem, okrucieństwem, makabrą i agresją. Mimo to, dla małego chłopca, pełnił funkcję swego rodzaju wyimaginowanego przyjaciela, który nie robi krzywdy jemu ani jego rodzinie, a jedynie jego wrogom - złym ludziom, którzy mu dokuczają. Również dla Dextera rodzina i dzieci stanowią wartość nietykalną, ważną. Ponadto, podobnie jak Dzikus, krzywdzi on tylko ludzi, którzy zagrażają życiu lub bezpieczeństwu innych. Można go zatem traktować, jako wytwór niedojrzałej wyobraźni amerykańskiej, która nie radzi sobie z otaczającymi ją realiami. Wiele interpretacji głównego bohatera podsuwają także twórcy serialu, którzy  zestawiają jego postać z profilami seryjnych morderców, rzeźników, filmowych brudnych Harrych, czy komiksowych mrocznych mścicieli. 

Niemniej jednak, jego charakter nie zostaje ostatecznie dookreślony, ponieważ nie ma w serialu tym czarno-białych, westernowych podziałów. Relatywizacji ulega również, przebudzenie, którego potrzebę Dexter odczuwa podskórnie niemal od początku. Będąc świadomym profilaktycznej anestetyki, której oddaje się jego otoczenie wobec makabry codzienności, sam tkwił przez wiele lat w uśpieniu. Natomiast wynurzywszy się w końcu na powierzchnię nagłego przypływu tego, co nieświadome, nadal zdaje się tkwić gdzieś pomiędzy snem a jawą, lub brnąć w sen jeszcze głębiej. Przebudzenia i ucieczki ze snu mają bowiem do siebie to że, jak to ujął Žižek w swoim przewodniku po myśli lacanowskiej, powierzają nas tym większej jego kontroli.

Taka już nasza natura. Nie znaczy to jednak, że telewizyjnym półśnie, bądź pasożytniczym, serialowym tasiemcu, nie może kryć się nic dobrego...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...