Komiks (27) Literatura (10) Sztuka (10) Ameryka (9) Film (9) Prasa (5) Seriale (3) Ilustracja (2) Reklama (2) Ziny (1)

wtorek, 26 lipca 2011

::: Mój syn, czyli jak dbać o kompleks Piotrusia Pana :::


„Doznanie „niesamowitości” było odczuciem szczególnie trudnym do zdefiniowania. Nie jest to ani potworny strach, ani łagodny niepokój; dlatego (…) wydała się łatwiejsza do opisania w kategoriach negatywnych niż dzięki wskazaniu na jakiekolwiek esencjonalne znaczenie jej samej”
Anthony Vidler, The Architectural Uncanny

Po lekturze Mojego syna Oliviera Schrauwena przeszło mi przez myśl wiele skojarzeń, które jednak trudno mi było dokładniej sformułować, dookreślić. Stąd też moje odwołanie do cytatu o niesamowitości (który można znaleźć we wstępie do książki poświęconej wywiadom z Davidem Lynchem). Jest to bowiem doznanie bliskie surrealizmowi, którego wpływy widoczne są we wspomnianym przeze mnie komiksie.

Niesamowitość, ze swoją trudnością do zdefiniowania, u Schrauwena zdaje się (!) być ubrana w formę dość racjonalną, posiadającą wstęp, rozwinięcie (z kulminacją) i zakończenie. Części te mimo wszystko nie tworzą zamkniętej, pełnej całości. Braki, których dostarcza opowiedziana przez rysownika historia, pozbawiają wspomniane części ich charakteru, właściwości. Wstęp, rozwinięcie i zakończenie – w swej surrealnej niesamowitości oraz ciekawym, absurdalnym humorze – przestają być tym, czym być powinny. Może i przez to zasługują na ujęcie w cudzysłów, lub określenie ich za pomocą słowa „fragment” w połączeniu z liczebnikiem porządkowym (pierwszy, drugi, ostatni).

 Załóżmy zatem, że Mój syn jest zbiorem fragmentów, kilku epizodów, które łączy wspólny wątek spaceru ojca i syna po topografii belgijskiego humoru, krajobrazu, kultury. Jest kompozycją niepełną, niedookreśloną, która pozostawia pewien niedosyt. W trakcie lektury rozkręcamy się bowiem by zaraz potem zostać postawionym przed faktem przebudzenia, a zatem powrotu do świata znajdującego się poza obszarem, czy sferą stworzoną przez belgijskiego rysownika. Finał Mojego syna przypomina efekt filmu, który nie dobiega końca z powodu urwanej taśmy. Ekran pozostaje biały, gotowy do projekcji tworów wyobraźni widowni, tego jak według niej mógłby zakończyć się przerwany seans. Pozostaje zatem ogromne pole do gdybania.

Owo zakończenie prowokuje oczywiście także inne spojrzenie. Czytelnik zostaje ostatecznie wyrwany z komiksu równie gwałtownie jak ojciec ze snu o dorastaniu swego syna. Można się zatem pokusić o stwierdzenie, że finał graficznej opowieści Schrauwena stawia niejako znak równości pomiędzy czytelnikiem, a ojcem, a także snem i komiksem. Porównanie do urwanego snu, który gdzieś nadal migruje po krwioobiegu śniącego, krąży po mglistych terytoriach nieświadomego, działa, moim zdaniem, na korzyść Mojego syna.  Dookreślenie jego treści,  jej pełna materializacja przybiera charakter tego, czym dla ojca staje się dorastanie syna  a mianowicie, efektu niepożądanego. Zamiast normalnie rozwijającej się latorośli, która dorasta i w końcu kiedyś przekwita, postać ojcowska woli swoje, budzące w nim nieco niepokoju i odrazy, dziecko takie, jakim jest.  

W moim odczuciu jest to doskonałe odzwierciedlenie stosunku autora wobec jego tworu, komiksu. Dostrzegając pewne niezgrabności swojej pracy, Schrauwen wolał pozostawić ją w swej irracjonalności oraz wadliwości aniżeli całkowicie powierzyć ją racjonalnemu rdzeniowi  działalności twórczej, który uczyniłby z niej kompozycję pełną, (ultra)poprawną i wystudiowaną. Wybrał formę niedopowiedzianą, która może zawsze pozostać obietnicą (czegoś więcej) zamiast takiej, która jest przegadana, czy przerośnięta. Jest to trafna decyzja godna rysownika, który, świadomy granic swojego warsztatu, wie, kiedy skończyć pracę nad rysunkiem, na co chce zwrócić uwagę widza i co pozostawić poza kadrem.

Jednocześnie jest to nawiązanie do twórczości Winsora McCaya, której echo nietrudno było uchwycić w warstwie wizualnej oraz atmosferze komiksu Schrauwena. Belgijski rysownik odwołuje się w szczególności do jego serii pasków opowiadających somnambuliczne, surrealne perypetie ‘Małego Nemo’. Wizualne historyjki amerykańskiego rysownika (żyjącego na przełomie XIX i XX wieku) zazwyczaj kończyły się bowiem przebudzeniem malca ze snu, jego powrotem do rzeczywistości. U Schrauwena natomiast spotykamy się ze zjawiskiem odwrotnym, to ojciec budzi się z "realnego", odrzuca to, co rzeczywiste i pragnie by jego syn pozostał postacią irracjonalną. Nie chce aby dorósł i opuścił swoją dziwną, niepokojącą i okrutną czasem Nibylandię (proszę tego nie kojarzyć z Michaelem Jacksonem, a powieścią Sir Jamesa Matthew Barrie), czy krainę czarów (tu z kolei proszę sobie wyobrazić okropnie nudą, dorosłą Alicję z filmu Tima Burtona).

Okazuje się, i tu pozwolę sobie na drobną dewiację, zboczenie z tematu, że kompleks Piotrusia Pana* może mieć swoje pozytywne, wykrzywione odbicie po drugiej stronie lustra, gdzie żyją dzieci inne od różowych aniołków i króliczków z fotografii Anne Geddes. Takie, które mają w zabawny sposób zachwiane proporcje ciała, nielogiczne teorie i dziwne obserwacje na temat świata (vide Lucy z Fistaszków) i zamiast podążać za grubym konturem kolorowanek typu Hello Kitty, rysują „brzydkie” bazgroty i „niepokojące” głowonogi.


*Rozumiany jako zjawisko o charakterze "unisex", tzn. niedotyczące tylko mężczyzn.

wtorek, 19 lipca 2011

::: Mistrz wagi ciężkiej amerykańskiej kultury:::


Porządkowanie mojej skromnej, domowej biblioteczki zawsze kończy się u mnie tak samo. Zamiast ścierać kurze, siadam pośród stosów książek, by ponownie zgłębić się w którąś z nich.  Nie jest to najlepszy sposób na sprzątanie. Natomiast jest to dobra okazja do zrewidowania lub zmiany własnej opinii na temat dawnych lektur. W przypadku książki, o której będziecie mieli okazję przeczytać poniżej, mogłam jednak tylko utwierdzić się w zdaniu, że był to, najprościej w świecie, korzystny zakup.

Wydana w 2005 roku książka Ellen G. Landau o mistrzu wagi ciężkiej amerykańskiej kultury (o prostym i krótkim tytule Jackson Pollock) nie jest zwykłą biografią, która powielałaby pobieżne obserwacje na temat twórczości i życia Pollocka. Jest to znakomicie skonstruowane studium artysty niezmiernie umiejętnie osadzone w kontekście kulturowym, istotnym dla zrozumienia genezy jego „mitu” (nieprzypadkowo autorka używa wobec podmiotu swojej książki określenia amerykański Prometeusz). 

Jednak, jak zdołała pokazać Landau, Pollock nie od razu trafił do mitologii swojego kraju. Jego twórczość, która początkowo była przez Amerykanów krytykowana za niezrozumiałość i „europejskość”,  zyskała nieco w ich oczach dopiero w czasach zimnej wojny, gdy stawiana była w opozycji do sztuki socrealizmu.  Ostatecznie to nie malarstwo stało się więc przepustką Pollocka do hall of fame amerykańskiej kultury.  W tym kraju, gdzie słowo „mit” ma szczególny charakter i siłę, Pollock-artysta został przyjęty  do kanonu „wielkich” niejako dopiero za pośrednictwem konotacji popkulturowych, dzięki którym mógł się jawić odbiorcy w formie bardziej przystępnej, jako Pollock- buntownik bez powodu, czy Pollock-beatnik.  

Wszystkie te procesy mityzacji i kształtowania osobowości twórczej przedstawione są w książce Landau w sposób bardzo ciekawy, a zarazem niepozbawiony krytycznego spojrzenia, co czyni jej lekturę szczególnie wartą polecenia.

niedziela, 17 lipca 2011

::: Nieustające wakacje :::

Wakacyjne podróże, wędrówki palcem po mapie, czy własnymi, odzianymi w buty, stopami po płytach chodnikowych rodzimego miasta przywołują czasem mgliste wspomnienia filmów,  które chciałoby się odświeżyć. Szkoda byłoby gdyby pamięć o nich wyparowała pod wpływem letnich, odmóżdżających nieraz, upałów. Dlatego postanowiłam dziś zaciągnąć żaluzje i schować się w nieudolnie imitującym kinowe ciemności zaciszu własnego pokoju, by reanimować wspomnienie Nieustających wakacji - filmu zdecydowanie pozostającego w klimacie wędrowniczo-turystycznym.

W debiutanckim obrazie Jarmuscha poznajemy historię Aloysiousa Charlesa Parkera, który jest swoistym miejskim podróżnikiem – flâneurem. Wskazują na to w zasadzie wszystkie człony jego imienia i nazwiska. „Aloysious” brzmi bowiem łudząco podobnie do „Ulysses”, czyli łacińskiej wersji Odyseusza, którego podróże odnaleźć można zarówno w pismach Homera, jak i Joyce’a. Natomiast „Charlie Parker” jest echem słynnego amerykańskiego muzyka jazzowego – saksofonisty, o którym Cortázar napisał w jednym ze swoich opowiadań (pt. Pościg), że „zawsze gra jutro, podczas gdy pozostali ciągną się jak w ogonie w tym „dziś”, które on przeskakuje bez najmniejszych trudności wraz z pierwszymi dźwiękami.” W naturę bohatera stworzonego przez amerykańskiego reżysera wpisana jest zatem nieustanna wędrówka.
Ulysses Jarmuscha mieszka w Nowym Jorku pomiędzy ludźmi, których języka, jak sam mówi, nie rozumie. Życie w tym mieście przypomina mu zmieniający się ciąg pokoi, miejsc, przedmiotów i ludzi. Mimo nieustannych zmian, każda nowość zaczyna z czasem ziać nudą „tego samego”, co sprawia że przestaje być w ogóle rozróżnialne w pamięci. Dzieje się tak dlatego, że podróże odbywają się zawsze z „tąd do tąd”, jak informuje widza bohater filmu. Aloysious, jako mityczny wędrownik, nie przynależy do-nikąd, do nikogo i do niczego. Nie pragnie domu, podatku, pracy, a wszyscy ludzie są mu jakby na równi obcy, dlatego nieznajomi zdają się tak samo bliscy jak przyjaciele, czy rodzina. Aloysious zdaje się cyrkulować pomiędzy społecznym konformizmem, konwenansem i marginesem, dyskursem szaleństwa. Zna dobrze język obłąkanych, co pozwala mu słyszeć tych, którzy dla reszty miasta są tylko mamroczącymi duchami.
Dryfuje po opuszczonych ulicach, dzielnicach drzemiących niczym ghost towns, po obrzeżach i granicach metropolii. Jest oderwanym od rzeczywistości spacerowiczem, do którego, jak pisał Benjamin w Pasażach, „miasto majaczy (…) na kształt fantasmagorii. [A w] niej raz jest ono pejzażem, raz izbą.” Natomiast izba – pejzażem, gdyż zdarza mu się nieraz nocować w podniebnym krajobrazie tej bezsennej stolicy wielu marzeń. Jest doskonale świadom tego, że jest kolejną rozmytą twarzą w samotnym tłumie Nowego Jorku, dlatego nie próbuje szukać kamuflaży w postaci ambicji bądź poświęcenia beznamiętnej pracy. Niczym dandys, obnosi się ze swoją nudą, pozwalając sobie jednocześnie przyjmować tymczasowe role – jednorazowe tożsamości. Dlatego z jego ust usłyszeć można nierzadko wytarte od nadmiernego powtarzania slogany w stylu: „trzeba żyć szybko i umierać młodo”. Co więcej, pozwala on sobie na drobne akty obywatelskiego nieposłuszeństwa na przykład, kradnąc samochód, by sobie nim chwilę pojeździć.
Bohater Jarmuscha zdaje się mieć zatem wiele cech wspólnych z Holdenem, tytułowym „buszującym w zbożu” Salingera. Jednakże w przeciwieństwie do Caulfielda, Aloysiousowi nie dźwięczą w uszach słowa wiersza Roberta Burnsa, lecz szarpiące powietrze jazzowe wariacje na temat klasyka Somewhere Over The Rainbow, które sugerują muzyczną wędrówkę w zupełnie odmiennej strefie czasowej. (Przypominam, że utwór pochodzi z Czarnoksiężnika z krainy Oz. W filmie tym śpiewany jest przez Dorotkę, która marzy o podróży do krainy marzeń, na drugą stronę tęczy.) Już z powodu swoich imion, Aloysious Charles Parker zanurzony jest w swoistej „polichronii” – równolegle rozwijających się czasach muzyki, literatury i podróży. W świetle owej predestynacji do wiecznego turyzmu, jego ostateczna decyzja o wyruszeniu do Paryża nie jest więc specjalnym zaskoczeniem. Podobnie jak to, że przed wyjazdem (wypłynięciem) spotyka w porcie swojego Doppelgängera – byt równoległy, który dopiero co przybył z Francji by przejąć po nim rolę obcego w Ameryce.

wtorek, 5 lipca 2011

::: Zeszyty komiksowe :::

Po powrocie z niedługiej podróży, poza niezwykle przyjemnym uczuciem przebywania w swojskiej przestrzeni, pośród  znajomych gratów, czekała mnie w domu miła niespodzianka w postaci egzemplarza autorskiego jedenastego numeru Zeszytów komiksowych. Popełniłam tam bowiem tłumaczenia dwóch tekstów o komiksie węgierskim. Przyjemność spowodowana tym nieoczekiwanym prezentem (ostatnimi czasy zawodzi mnie pamięć) wzrosła dzięki nowej oprawie, czy też odsłonie wizualnej tego magazynu. Projekt graficzny aktualnego numeru, który magazyn zawdzięcza Dennisowi Wojdzie, przemawia do mojego zmysłu estetycznego zdecydowanie bardziej od poprzedniego. Ponadto, bardzo ciekawią mnie poruszanie w nim tematy oraz opublikowane w nim komiksy. Mimo wszystko dziesiąte Zeszyty komiksowe nadal budzą we mnie nutkę nostalgiczną  oraz zainteresowanie przez wzgląd na ilość czasu, jaką mogłam poświęcić na przyjemność tłumaczenia zawartych w nim tekstów (co przełożyło się również na ilość tłumaczeń) oraz fakt, że pojawiła się tam moja próba wypowiedzi językiem komiksowym. Dlatego też serdecznie zachęcam do zgłębiania/lektury obydwóch  wspomnianych przeze mnie numerów, o których trochę więcej znaleźć można tu ZK 10 i tu ZK 11 (nie wiem, czy można jeszcze gdzieś zakupić wcześniejsze, ale jeśli tak, to również polecam). Jednocześnie trzymam kciuki i bardzo kibicuję Zeszytom.... Oby udało im się pozyskać więcej dotacji oraz czytelników.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...