Komiks (27) Literatura (10) Sztuka (10) Ameryka (9) Film (9) Prasa (5) Seriale (3) Ilustracja (2) Reklama (2) Ziny (1)

wtorek, 25 października 2011

::Wszystkie wcielenia Tary. Portret wielokrotny::


Virginia Woolf napisała kiedyś, że „[b]iografię uważa się za kompletną, gdy oddaje zaledwie sześć lub siedem jaźni, podczas gdy człowiek może ich mieć nawet tysiąc.” Kierując się tymi słowami, należałoby stwierdzić, że jeśli tworzyć wizualny, czy też tekstualny portret, to tylko i wyłącznie wielokrotny. Taki, który ukazywał będzie podmiot w różnych odsłonach, wcieleniach, z co najmniej kilku punktów widzenia. A zatem tworzył będzie całość z wielości, na przykład mozaikę fragmentów rozbitego lustra, jak to miało miejsce u kubistów, sekwencję ruchów (vide futuryści lub takie postaci jak Eadweard Muybridge) bądź powielone odbicie lustrzane – zabieg wykorzystany zarówno przez Duchampa jak i Witkacego. Można również  - jak Maya Deren (chociażby  w Sieciach popołudnia) - sięgnąć po różnego rodzaju techniki montażu, albo stworzyć pracę o charakterze hołdu, antologii – taką, która zrzeszając wielu autorów, opisywałaby jedną osobę. Przy okazji takiego projektu istotne zdaje się być pytanie, czy należy wówczas mówić o całościowym portrecie, wielości portretów, portrecie wielokrotnym, fragmentarycznym, a może wręcz grupowym? Inną, równie istotną sprawą jest erozja obrazu, do której dochodzi w sytuacji, gdy lustrzane powierzchnie skierowane zostają ku sobie i zamiast powielać wizerunek postaci, w nieskończoność mnożą jego odbicie – wizerunek wtórny; powielają pustkę.

Ponieważ jednak nie znajdujemy się w filmie Wima Wendersa, ani nie dążymy tu do analizy prac tego reżysera-filozofa, nie będziemy koncentrować się na erodującym, nieuchwytnym, pustym obrazie Ameryki. Omawiane wcześniej  kwestie zdają się  z kolei idealnie wpisywać w problematykę poruszaną w serialu Wszystkie wcielenia Tary, którego oryginalny tytuł United States of Tara, jest według mnie o wiele bardziej wymowny. Wprowadza on bowiem ciekawą wieloznaczność i stawia tę telewizyjną serię w szerszym kontekście. Mamy w niej do czynienia nie tylko z bohaterką o wielu wcieleniach, ale również specyficzną wizją życia w Ameryce – zawłaszczonym, oswojonym przez nią i jej bliskich wizerunkiem Stanów Zjednoczonych. Tytułowa Tara jest matką, żoną, kochanką, artystką i kobietą cierpiącą na dysocjacyjne zaburzenia tożsamości. Mogłoby się więc zdawać, że ma ona o wiele więcej wcieleń, masek, ról niż statystyczna kobieta. Istnienie takiej przeciętnej, statystycznej kobiety należałoby jednak poddać w wątpliwość (analogicznie do słów  e. e. cummingsa o tym, że nie ma czegoś takiego jak większość ludzi - „most people”). Zamiast niej w serialu otrzymujemy Tarę, która stosunkowo często przyjmuje inną tożsamość – ulega jej wpadając w stan przypominający szamański trans (po wszystkim, czyli powrocie do stanu pierwotnego, nic nie pamięta). Dzieje się tak przede wszystkim ze względu na jej chorobę psychiczną. Mimo to można odnieść wrażenie, że nie tylko o nią tu chodzi.

Tara, którą widzowie oraz jej bliscy mogą poznać na co dzień, przegląda się  w całej sieci luster oraz obrazów wtórnych, odbitych. Jej kolejne wcielenia ukazują role i tożsamości przybierane przez kobiety w ciągu ostatniego stulecia (zaznaczam, że nie jest to zbiór kompletny). Poznajemy więc stylizowaną na lata 50. perfekcyjną do bólu, wykształconą i wierzącą kurę domową Alice, która dodatkowo mówi z południowym akcentem (przywodzącym na myśl „damę z plantacji”), Bucka – lesbijkę w stylu butch, Chicken – małą przestraszoną dziewczynkę, ponętną, dziką i prowokującą nastolatkę T, terapeutkę Shoshannę – stereotypową feministkę (drugiej fali) mówiącą z nowojorską manierą oraz Gimme – nieludzką, zezwierzęconą postacią kojarzącą się ze sferą id.  Ponadto poznajemy Tarę w jej codziennych, mniej jaskrawych i przerysowanych odsłonach – tą, która próbuje uporać się ze swoimi licznymi wcieleniami, odnaleźć coś na podobieństwo równowagi, co jej pozwoli zakotwiczyć się w „tu i teraz” – realiach własnego domu, swoich bliskich – rodziny i przyjaciół.   Coś, co umożliwi jej znalezienie złotego środka pomiędzy byciem matką i przyjaciółką dla swoich dzieci, strażniczką ciepła domowego ogniska i kochanką dla męża, kurą domową oraz kobietą spełniającą się twórczo/zawodowo.

Kontekst społeczny, w którym przyszło jej żyć bynajmniej nie należy do prostych, nieskomplikowanych. Mimo że suburbia budzą raczej sztampowe, szablonowe skojarzenia, to jednak dom Tary mocno odbiega od standaryzowanego wizerunku przedmieść, do którego widzowie zostali przyzwyczajeni przez media. Podobnie jak w przypadku seriali typu Sześć stóp pod ziemią, Dexter, czy Gotowe na wszystko mamy tu do czynienia z sytuacją, w której świat otaczający prywatną enklawę głównych bohaterów wydaje się być jedynie pastelowo zabarwioną, płaską i pozbawioną życia makietą (najlepiej kontrast ten oddaje Tim Burton chociażby w Edwardzie Nożycorękim). Dom Tary również otacza tzw. normalna większość. Jej siostra nawet chciałaby się do niej przystać, wybierając sobie na życiowego partnera przystojniaka z wyższych sfer, dla którego rytuały i konwenanse stanowią wartość wyższą niż drugi człowiek. Mąż Tary, Max, również zdaje się flirtować z normalnością. Jego poglądy zdradzają nieraz konserwatyzm, przez który można odnieść wrażenie, że nie kocha on Tary, nie akceptuje jej, a jedynie znosi, toleruje. Ile przecież można jeszcze znieść? 

W serialu dochodzi on do granic wytrzymałości, coś w nim pęka i pod wpływem impulsu dopuszcza się zdrady. Nie jest to jednak powód ani do osądzania (i bardzo słusznie), ani do rozpadu związku ponieważ nie jest to jedyne pęknięcie na portrecie rodzinnym Tary i jej bliskich. Rodzina ta zdaje się być dysfunkcyjna, zepsuta do szpiku kości. Nikt w niej nie jest święty, dlatego jej flirt z normalnością kończy się totalnym fiaskiem. Syn, Marshall, kończy ze swoim życiem w zaprzeczeniu i wychodzi ze swoją orientacją z szafy. Córka, Kate, zaczyna z kolei prowadzić sekretne życie, wcielając się w postać komiksowej księżniczki Valhalli Hawkwind oraz niejako „sprzedając się” w Internecie (chodzi mi o wątek tzw. „listy życzeń”). Natomiast kolejne wcielenia Tary wyciągają z mroków podświadomości, wyparcia, czy zapomnienia liczne fakty z jej przeszłości, które od dawna – ukryte, czy nie – odciskały piętno na jej życiu codziennym.

Aż chciałoby się przypomnieć pewną wypowiedź Foucault o drzemiących w języku złogach kulturowych znaczeń, mechanizmów władzy, ideologii, których „chropowatość wygładziło długotrwałe używanie” (patrz Porządek dyskursu, s. 7). Otóż wcielenia Tary wydają mi się właśnie symptomem wspomnianej chropowatości – wypartych przez codzienną, znieczulającą powtarzalność skaz i trudności, które wiążą się nie tylko z kobiecością, ideologią i dyskursem, ale również z osobistą historią i jej bolesnymi faktami, emocjami, wspomnieniami. 

Takie spojrzenie umożliwia rozpatrywanie serialu w dwojaki sposób. Z jednej strony mamy uniwersum Tary – jej (zjednoczone) stany psychiczne, które odzwierciedlają wyżej opisane zmagania z tym, co wyparte. Z drugiej zaś strony mamy Stany Zjednoczone – ogromny obszar i rozległą topografię kulturową, w której pojawia się kolejny serial (produkcji Showtime) traktujący o fasadowym, makietowych charakterze normalności, codzienności. Kolejny głos za eksplorowaniem tego, co było wcześniej marginalizowane, za przepracowywaniem przeszłości. 

A może należy na niego spojrzeć inaczej? Może obcujemy tu z następnym nośnikiem, wyrazem amerykańskiej obsesji na punkcie psychoanalizy? Trudno to jednoznacznie określić. Jedno jest pewne: warto ten serial obejrzeć , gdyż mimo pewnych niedoskonałości, które sprawiają, że nie jest on dziełem w pełni udanym, niesie on ze sobą wiele ciekawych treści, pytań oraz skojarzeń (między innymi z genialnymi Godzinami) , co czyni go wielowymiarowym i wartościowym.  

środa, 19 października 2011

::: Ścierwo pośród śmieciowej reklamy :::

Jakiś czas temu postanowiłam odświeżyć swoją znajomość z komunikacją miejską. Z tego też powodu wracałam wczoraj wieczorem do domu autobusem. Podczas tej krótkiej i bogatej w dźwiękowe bodźce podróży próbowałam czytać książkę Doroty Koczanowicz o doświadczeniu sztuki i sztuce życia (nie będę się rozwodziła tutaj na temat tego, jak odmienne wyobrażenie miałam o tej książce przed rozpoczęciem lektury). Mimo że temat podjęty przez autorkę uważam za interesujący, to język, w którym go opisała nieco utrudnia jego zgłębianie w miejscach publicznych. Ogrom bodźców, jakiego można wówczas doświadczyć, uniemożliwia koncentrację nad zdaniami, które budowane są w sposób następujący: "W radykalnym empiryzmie Jamesa z istoty swej wolicjonalne poznanie przebiega tylko jako poznanie określonych dóbr. Deuniformizacja woli wyklucza możliwość intersubiektywnej gwarancji tożsamości przedmiotów poznania - nie istnieją one bowiem inaczej, jak tylko jako różnie wartościowane, a tym samym odmiennie konstytuowane w poszczególnych świadomościach, partykularne cele." 

Lekturę tekstu Koczanowicz przerwało mi emocjonujące wydarzenie, które miało miejsce za oknem. Kierowca autobusu stojącego na sąsiednim pasie, opuścił swoje miejsce za kierownicą by podejść do znajdującego się przed nim (pozbawionego zderzaków) samochodu marki Audi i zrugać jego właściciela, który przed sekundą wymusił na nim pierwszeństwo. Korzystając z chwili, gdy na sygnalizatorze było czerwone światło, kierowca autobusu zrobił na środku skrzyżowania dość spektakularną scenę. Dwa razy podchodził do Audi, zamaszystym ruchem otwierał drzwi i wymachując chudymi rękami, rzucał wyzwiskami w jego (bezczelnego) właściciela, po czym ze zdeterminowaną miną, godną głównego bohatera filmu Upadek, wrócił na swoje miejsce i spokojnie, jakby nigdy nic, ruszył  by wraz z innymi pojazdami opuścić skrzyżowanie.

Droga z przystanku do domu upływała mi zatem pod znakiem kontemplacji książki Koczanowicz (w tym słów typu "wolicjonalny") oraz przykrej sceny, której świadkiem byłam podczas jej lektury. Nie przeszkodziło mi to jednak w codziennych rytuałach związanych z powrotem do domu, np. w sprawdzaniu zawartości skrzynki na listy. A ta, oprócz śmieciowej reklamy i bankowego spamu, przechowywała wczoraj dla mnie dodatkowo niewielką szarą kopertę, w której znalazłam Ścierwo Michała Misztala z ilustracjami (Edyty) Mei. To, co nastąpiło później, było już jak najbardziej przewidywalne. Zamiast kontynuować przerwaną w autobusie lekturę książki Koczanowicz, zaczęłam czytać zinowe opowiadania (i oglądać narysowane do nich ilustracje). 

Przyznam, że tytuł zina przywiódł mi na myśl Szmirę Charlesa Bukowskiego, a teksty, które w nim znalazłam jedynie utwierdziły mnie w słuszności tego skojarzenia (dodam jeszcze, że jeden z nich  wydał mi się bliski opowiadaniom Barthelme'a). Komentarz odautorski informuje czytelnika, że "jak widać ścierwo wygląda jak ścierwo i pewnie tak samo smakuje" oraz  że "nie ma tu żadnej ideologii, filozofii, przesłania i tym podobnych bzdur"(osobiście uważam, że wspomniane "bzdury" nie są przez nas wypowiadane, a mówią się same...ale rozumiem intencje autora). Taki bezpośredni, niezawoalowany, niestroniący od powtórzeń, kolokwializmów oraz wulgaryzmów styl, który można odnaleźć również na kolejnych stronach Ścierwa przypomina język mówiony. Ten z kolei kojarzy się naturalnie - z czymś, co nie jest uprzednio skrupulatnie przemyślane i przygotowane. W tym miejscu muszę przyznać, że Misztalowi udało się utrzymać spontaniczny ton warstwy językowej, a więc, uczynić ją wiarygodną do tego stopnia, że umieszczony we wstępie tekst informujący o fikcyjności wszystkich postaci i wydarzeń okazał się niezwykle przydatny.

Oprócz prozy Bukowskiego, zin ten budzi skojarzenia z amerykańskim malarstwem operującym złudzeniem, tzw. trompe l'oeil, które przedstawiało fragment rzeczywistości bez jakiegokolwiek komentarza, stosując fotograficzną wierność oraz kadrowanie. Kluczowa wydaje się mi właśnie ta kombinacja złudzenia, fotograficznej "bezstronności" oraz braku ingerencji w kadr. Korekta powtórzeń, czy innych zabiegów językowych powszechnie uznanych za niepoprawne, sprawiłoby, że czytelnik nie dałby wiary złudzeniu, odrzuciłby tekst jako nieprawdziwy. 

Kolejnym ważnym elementem jest dla mnie relacja pomiędzy tytułem i zawartością. Jak już wspomniałam, autor sugeruje, że "ścierwo wygląda jak ścierwo i pewnie tak samo smakuje". Tak naprawdę to nawet w swojej pisowni, typografii nie wprowadza on różnicy pomiędzy Ścierwem-zinem, a ścierwem-ścierwem. Można to zatem odebrać jako intencję, która ma nadać zinowi funkcję kaligramu - zarówno forma, jak i treść mówią to samo, są tym samym. Takie podejście nie było obce wspomnianym przeze mnie amerykańskim artystom sięgającym do trompe l'oeil, którzy swoje prace tytułowali precyzyjnie zgodnie z tym, co przedstawiały. Na przykład John F. Peto nie zatytułował swojego obrazu przedstawiającego paletę, dzbanek i fajki Martwa natura z fajkami, ale Paleta, dzbanek i fajki  (więcej tu) - prosto, przyziemnie i tautologicznie.
 
Na koniec chciałabym dodać jedynie, że mimo wspomnianych przeze mnie skojarzeń ze szmirą i wizualnymi tautologiami, a może właśnie przez nie, Ścierwo nie podzieli losów śmieciowej reklamy i bankowego spamu, z którymi sąsiadowało w skrzynce na listy. Zamiast tego wyląduje na jednej z moich półek z książkami. Najchętniej postawiłabym je obok  Lali czy Balzakiany Jacka Dehnela (szkoda, że żadnej z nich nie posiadam), znanego z wypowiedzi w stylu: "jeśli coś nie zostało wydanie, to znaczy, że na to nie zasługiwało". Ziny są bowiem bliskim mi zjawiskiem, świadczącym o tym, że każdemu wolno (i każdy może) zabrać głos w kulturze. Przypominają mi sytuacje z dzieciństwa, kiedy z bratem rysowaliśmy, pisaliśmy i zszywaliśmy dla rodziców książeczki, a oni je później stawiali na tzw. meblościance Kopernik wraz z encyklopediami oraz innymi ważnymi lekturami. Dziecięca radość tworzenia  (rozbrająjąca zwłaszcza w wykonaniu Mei) to cenna wartość, która mnie urzekła i której jak najbardziej kibicuję.

Więcej o autorach zina można dowiedzieć się tu:
http://michalmisztal.blogspot.com/
http://meigotuje.blogspot.com/ 


poniedziałek, 10 października 2011

::: Zeszyty Komiksowe 12: komiks historyczny :::


W dwunastym numerze Zeszytów Komiksowych, redakcja zmierzyła się z niełatwą tematyką, jaką jest komiks historyczny. Otwarta w czasopiśmie dyskusja dotycząca opisu, nakreślenia (zawężenia bądź poszerzenia) ram tego zjawiska okazała się niesamowicie wciągająca. W numerze pojawiają się zarówno chronologiczne zestawienia komiksów historycznych, które pojawiły się na polskim  (i zagranicznym) rynku, relacje i analizy konkretnych przypadków, próby dookreślenia definicji zjawiska, jego krytycznej ewaluacji, jak i wywiady z twórcami oraz wydawcami specjalizującymi się w danym gatunku. Obok tekstów skłaniających się w stronę teorii, pojawiają się zatem również bardziej osobiste głosy, świadectwa niosące tak pokrzepienie (np. teksty Daniela Gizickiego i Pawła Timofiejuka), jak i słowa krytyki (np. teksty Michała Błażejczyka i Sebastiana Frąckiewicza).

Dużym zaskoczeniem był dla mnie tekst Izabeli Kowalczyk, którą czytelnik kojarzyć może z blogiem Straszna sztuka. Mimo że autorka uznała kiedyś, że na komiksie się nie zna, postanowiła zabrać głos w debacie, zwracając uwagę na rosnącą rolę obrazu oraz sztuk wizualnych w dyskursie historycznym (widoczą chociażby w pracy pt. Co robi łączniczka Z. Libery). Oprócz pewnych informacji na temat historii niekonwencjonalnej, obrazowości historii, w jej tekście odnaleźć można kilka ciekawych uwag dotyczących polityki historycznej. Dzięki niebagatelnemu wkładowi sztuki (komiksu), która sięga po to, co wyparte i stanowi swoisty język mediacji znaczeń, może ona bowiem dążyć do pluralizmu pamięci, którego Polsce jeszcze brakuje. 

Można pokusić się o stwierdzenie, że problem ten (brak pluralizmu) dominuje w sporej części tekstów, które opublikowane zostały w tym numerze Zeszytów Komiksowych. W niemniej ciekawy sposób zauważają go również między innymi Adam Rusek i Bartłomiej Janicki zestawiając sytuację komiksów powstających oddolnie i tych, wydawanych pod mecenatem państwa zarówno w przeszłości, jak i czasach obecnych.  Poruszona przez nich tematyka propagandy, a zatem historii oficjalnej oraz opozycji, alternatywnej historii oddolnej, edukacyjnej roli komiksu, a także kwestia kompromisu pomiędzy wolnością twórczą (artyzmem), a wiernością faktom przewijają się również w wywiadach, które Michał Błażejczyk przeprowadził Witoldem Tkaczykiem (Zin Zin Press), Robertem Zarębą (Strefa Komiksu) i Małgorzatą Wasmundzką-Szarek (IPN).

Po zaznajomieniu się ze specyfiką poglądów wydawców, scenarzystów oraz zleceniodawców komiksów historycznych w Polsce (oraz  umieszczonym w odrębnym artykule komentarzem redaktora prowadzącego wywiady ), czytelnik może zapoznać się z  kwestią cenzury w ujęciu Rafała Wójcika. Tekst ten jest o tyle interesujący, że prezentuje problem od strony biblioteki. Dokładniej rzecz ujmując, ukazuje jak kłopotliwym materiałem bibliotecznym bywa w Polsce komiks, jak ubogie są jego zbiory w krajowych książnicach, jak o kondycji polskiego społeczeństwa (polskiej kultury) świadczy sytuacja komiksu i związane z nią zjawiska cenzury prewencyjnej, represyjnej oraz autocenzury.

Wreszcie, pojawia się kwestia artykułów w większej mierze koncentrujących się na konkretnych przykładach komiksów oraz ich rozmaitych aspektach. Pośród tego rodzaju tekstów bardzo zaciekawiła mnie praca Jakuba Jankowskiego o scenie portugalskiej, w której opisał między innymi komiks Wanya: escala em Orongo  (Wanya: lądowanie w Orongo ), który już przez sam tytuł nawiązywał do istotnego dla Portugalii problemu, a mianowicie: analfabetyzmu (vide tekst Jankowskiego). Co więcej, jego autorska, metaforycznie przystrojona forma zdawała się być udanym nośnikiem historycznych, społeczno-politycznych treści. Ponadto, znalazło się w nim miejsce dla aktywnej, wyzwolonej postaci kobiecej oraz autorytarnego władcy, którego „głos wszyscy słyszą w swoich głowach” (aż kusi do porównania z Anteną Sapira, czy Metropolis Langa). 

Poza tym przykładem, zafrapował mnie również opis komiku A revolução interior: À procura do 25 de Abril (Wewnętrzna rewolucja: w poszukiwaniu 25 kwietnia) – zestawiającego postać uczestnika Rewolucji goździków z młodym, zbuntowanym nastolatkiem noszącym na koszulkach buntownicze emblematy. Spotkanie owych dwóch postaci staje się bowiem pretekstem do wyciągnięcia wniosków na temat tego, w jaki sposób kultura popularna oraz młodzieżowe subkultury anektują, wykorzystują, czy przekształcają pewne symbole i treści. Z kolei inny komiks przywołany przez Jankowskiego, Salazar: agora na hora da sua morte (Salazar: teraz w godzinę swojej śmierci) ukazuje niezwykle lapidarne wydarzenie, które legło u podstaw fundamentalnego przełomu politycznego. Okazuje się, że banał, za jaki zwykło się uważać upadek z krzesła, może wpłynąć na losy całego kraju (i stać się definitywnym upadkiem władzy).

Równie wciągający, co artykuł Jakuba Jankowskiego, wydał mi się tekst Aleksandry Duralskiej o wielowymiarowości i tożsamości, które mogą być budowane w utworze porzez językowe zróżnicowanie (wykorzystanie różnych gwar, żargonów itp.) oraz opozycyjnej roli tego zabiegu wobec dyskursu „oficjalnych elit”. Moją uwagę przykuła zwłaszcza tematyka poruszona przez Justynę Czaję w artykule poświęconym serii pasków o Wicku i Wacku ponieważ dotyka ona problemu komediowego przedstawienia wobec zgrozy, dramatu wojny. W przypadku opisanego przez Czaję komiksu, który właśnie w opisie Holokaustu sięga po estetykę humoru mamy bowiem do czynienia ze zjawiskiem zarówno terapeutycznym, jak i subwersywnym (mającym śmieszyć wroga i podnieść uciskanych na duchu). Z drugiej strony, połączenie to budzić może mieszane uczucia, jeśli je porównać z niechlubnym zjawiskiem tzw. kawałów o Żydach. 

Ponadto pozostaje kwestia zestawienia samego medium komiksowego z tak ciężkim tematem oraz polaryzacji jego obrazu (dodatni, ujemny, pozytywny, negatywny). Komiks bywa nadal postrzegany jako nośnik niepoważny, dziecinny, a w związku z tym, oraz humorystycznym wydźwiękiem przygód Wicka i Wacka, może rodzić kontrowersje na równi ze słynnym Lego. Obozem koncentracyjnym, bądź Pozytywami Libery. Zwłaszcza te ostatnie zdają się skłaniać do kolejnych (luźnych) skojarzeń, np. z filmem Życie jest piękne, czy twórczością Pipilotti Rist (bajkowa estetyka, agresywna treść). 

Podobnej problematyki dotyka artykuł Thomasa Anessi (Anessiego ?), który skupia się na kłopotliwych aspektach ujęcia, opisania Holokaustu – czegoś, co pozostaje „zarówno poza mową, jak i poza rozumem” (G. Steiner, cyt. za Anessim). W owym tekście nie tylko pojawiają się przykłady takie, jak powstały w 1942, na terenie nazistowskiego obozu komiks o myszce miki, która trafiła w sam środek rzeczywistości obozowej (muszę przyznać, że rozwiał on moje wyobrażenie o Baudrillardzie jako autorze porównania Disneylandu z Auschwitz), ale także różne aspekty powstawania komiksowej serii Epizody z Auschwitz, jak etap projektowania postaci, podczas którego pojawiają się one na kartce papieru, upozowane w oświęcimskich pasiakach niczym modele z żurnala.  

Przytoczone przeze mnie artykuły to naturalnie jedynie część, z obszernego spisu treści Zeszytów Komiksowych, w którym czytelnik znajdzie również chociażby tekst o Supermanie w radzieckim wydaniu autorstwa Bartosza Ślosarskiego (można go kojarzyć chociażby KP), wiele innych interesujących wypowiedzi i (słabo na ich tle wypadający) artykuł niżej podpisanej (o Fun Home i Stuck Rubber Baby).

Oczywiście, jak na Zeszyty Komiksowe przystało, nie zabrakło także wypowiedzi sformułowanych w języku komiksowym, które nieraz potrafiły zaskoczyć ciekawą puentą, lub nietypowym wyznaczeniem dominanty tematycznej, ogniskowaniem, różnicowaniem planów. Wobec owych prac wizualnych trudno mówić o oczywistości relacji pomiędzy tłem oraz motywem głównym. Można natomiast śmiało zwrócić uwagę na to, jak odmienne znaczenia przyjąć mogą określenia „tło historyczne”, czy „tematyka historyczna”. We wszystkich komiksach widoczne są odmienne – umiejętnie pomijające, lub piętnujące wspomnianą już „oczywistość” – poszukiwania w zakresie formy oraz treści. Można przytoczyć tu chociażby Lato miłości  (K. Gawronkiewicz, D. Wojda), Płaszcz, szalik i beret (A. Spanowicz, B. Kurc) Anię Płód (B. Sosnowska, A. Weseli), Komiks historyczny (K. Ostrowski), Miesiąc miodowy państwa Curie (S. Restecka, J. Restecka) czy – budzący silne skojarzenia z Pieśnią wojenną Marka Koterskiego – Grunwald (T. Niewiadomski, M. Traczyk).

Zachęcam do lektury. Zeszyty Komiksowe możecie nabyć  tu i tu
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...