Komiks (27) Literatura (10) Sztuka (10) Ameryka (9) Film (9) Prasa (5) Seriale (3) Ilustracja (2) Reklama (2) Ziny (1)

środa, 19 października 2011

::: Ścierwo pośród śmieciowej reklamy :::

Jakiś czas temu postanowiłam odświeżyć swoją znajomość z komunikacją miejską. Z tego też powodu wracałam wczoraj wieczorem do domu autobusem. Podczas tej krótkiej i bogatej w dźwiękowe bodźce podróży próbowałam czytać książkę Doroty Koczanowicz o doświadczeniu sztuki i sztuce życia (nie będę się rozwodziła tutaj na temat tego, jak odmienne wyobrażenie miałam o tej książce przed rozpoczęciem lektury). Mimo że temat podjęty przez autorkę uważam za interesujący, to język, w którym go opisała nieco utrudnia jego zgłębianie w miejscach publicznych. Ogrom bodźców, jakiego można wówczas doświadczyć, uniemożliwia koncentrację nad zdaniami, które budowane są w sposób następujący: "W radykalnym empiryzmie Jamesa z istoty swej wolicjonalne poznanie przebiega tylko jako poznanie określonych dóbr. Deuniformizacja woli wyklucza możliwość intersubiektywnej gwarancji tożsamości przedmiotów poznania - nie istnieją one bowiem inaczej, jak tylko jako różnie wartościowane, a tym samym odmiennie konstytuowane w poszczególnych świadomościach, partykularne cele." 

Lekturę tekstu Koczanowicz przerwało mi emocjonujące wydarzenie, które miało miejsce za oknem. Kierowca autobusu stojącego na sąsiednim pasie, opuścił swoje miejsce za kierownicą by podejść do znajdującego się przed nim (pozbawionego zderzaków) samochodu marki Audi i zrugać jego właściciela, który przed sekundą wymusił na nim pierwszeństwo. Korzystając z chwili, gdy na sygnalizatorze było czerwone światło, kierowca autobusu zrobił na środku skrzyżowania dość spektakularną scenę. Dwa razy podchodził do Audi, zamaszystym ruchem otwierał drzwi i wymachując chudymi rękami, rzucał wyzwiskami w jego (bezczelnego) właściciela, po czym ze zdeterminowaną miną, godną głównego bohatera filmu Upadek, wrócił na swoje miejsce i spokojnie, jakby nigdy nic, ruszył  by wraz z innymi pojazdami opuścić skrzyżowanie.

Droga z przystanku do domu upływała mi zatem pod znakiem kontemplacji książki Koczanowicz (w tym słów typu "wolicjonalny") oraz przykrej sceny, której świadkiem byłam podczas jej lektury. Nie przeszkodziło mi to jednak w codziennych rytuałach związanych z powrotem do domu, np. w sprawdzaniu zawartości skrzynki na listy. A ta, oprócz śmieciowej reklamy i bankowego spamu, przechowywała wczoraj dla mnie dodatkowo niewielką szarą kopertę, w której znalazłam Ścierwo Michała Misztala z ilustracjami (Edyty) Mei. To, co nastąpiło później, było już jak najbardziej przewidywalne. Zamiast kontynuować przerwaną w autobusie lekturę książki Koczanowicz, zaczęłam czytać zinowe opowiadania (i oglądać narysowane do nich ilustracje). 

Przyznam, że tytuł zina przywiódł mi na myśl Szmirę Charlesa Bukowskiego, a teksty, które w nim znalazłam jedynie utwierdziły mnie w słuszności tego skojarzenia (dodam jeszcze, że jeden z nich  wydał mi się bliski opowiadaniom Barthelme'a). Komentarz odautorski informuje czytelnika, że "jak widać ścierwo wygląda jak ścierwo i pewnie tak samo smakuje" oraz  że "nie ma tu żadnej ideologii, filozofii, przesłania i tym podobnych bzdur"(osobiście uważam, że wspomniane "bzdury" nie są przez nas wypowiadane, a mówią się same...ale rozumiem intencje autora). Taki bezpośredni, niezawoalowany, niestroniący od powtórzeń, kolokwializmów oraz wulgaryzmów styl, który można odnaleźć również na kolejnych stronach Ścierwa przypomina język mówiony. Ten z kolei kojarzy się naturalnie - z czymś, co nie jest uprzednio skrupulatnie przemyślane i przygotowane. W tym miejscu muszę przyznać, że Misztalowi udało się utrzymać spontaniczny ton warstwy językowej, a więc, uczynić ją wiarygodną do tego stopnia, że umieszczony we wstępie tekst informujący o fikcyjności wszystkich postaci i wydarzeń okazał się niezwykle przydatny.

Oprócz prozy Bukowskiego, zin ten budzi skojarzenia z amerykańskim malarstwem operującym złudzeniem, tzw. trompe l'oeil, które przedstawiało fragment rzeczywistości bez jakiegokolwiek komentarza, stosując fotograficzną wierność oraz kadrowanie. Kluczowa wydaje się mi właśnie ta kombinacja złudzenia, fotograficznej "bezstronności" oraz braku ingerencji w kadr. Korekta powtórzeń, czy innych zabiegów językowych powszechnie uznanych za niepoprawne, sprawiłoby, że czytelnik nie dałby wiary złudzeniu, odrzuciłby tekst jako nieprawdziwy. 

Kolejnym ważnym elementem jest dla mnie relacja pomiędzy tytułem i zawartością. Jak już wspomniałam, autor sugeruje, że "ścierwo wygląda jak ścierwo i pewnie tak samo smakuje". Tak naprawdę to nawet w swojej pisowni, typografii nie wprowadza on różnicy pomiędzy Ścierwem-zinem, a ścierwem-ścierwem. Można to zatem odebrać jako intencję, która ma nadać zinowi funkcję kaligramu - zarówno forma, jak i treść mówią to samo, są tym samym. Takie podejście nie było obce wspomnianym przeze mnie amerykańskim artystom sięgającym do trompe l'oeil, którzy swoje prace tytułowali precyzyjnie zgodnie z tym, co przedstawiały. Na przykład John F. Peto nie zatytułował swojego obrazu przedstawiającego paletę, dzbanek i fajki Martwa natura z fajkami, ale Paleta, dzbanek i fajki  (więcej tu) - prosto, przyziemnie i tautologicznie.
 
Na koniec chciałabym dodać jedynie, że mimo wspomnianych przeze mnie skojarzeń ze szmirą i wizualnymi tautologiami, a może właśnie przez nie, Ścierwo nie podzieli losów śmieciowej reklamy i bankowego spamu, z którymi sąsiadowało w skrzynce na listy. Zamiast tego wyląduje na jednej z moich półek z książkami. Najchętniej postawiłabym je obok  Lali czy Balzakiany Jacka Dehnela (szkoda, że żadnej z nich nie posiadam), znanego z wypowiedzi w stylu: "jeśli coś nie zostało wydanie, to znaczy, że na to nie zasługiwało". Ziny są bowiem bliskim mi zjawiskiem, świadczącym o tym, że każdemu wolno (i każdy może) zabrać głos w kulturze. Przypominają mi sytuacje z dzieciństwa, kiedy z bratem rysowaliśmy, pisaliśmy i zszywaliśmy dla rodziców książeczki, a oni je później stawiali na tzw. meblościance Kopernik wraz z encyklopediami oraz innymi ważnymi lekturami. Dziecięca radość tworzenia  (rozbrająjąca zwłaszcza w wykonaniu Mei) to cenna wartość, która mnie urzekła i której jak najbardziej kibicuję.

Więcej o autorach zina można dowiedzieć się tu:
http://michalmisztal.blogspot.com/
http://meigotuje.blogspot.com/ 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...