Komiks (27) Literatura (10) Sztuka (10) Ameryka (9) Film (9) Prasa (5) Seriale (3) Ilustracja (2) Reklama (2) Ziny (1)

wtorek, 25 października 2011

::Wszystkie wcielenia Tary. Portret wielokrotny::


Virginia Woolf napisała kiedyś, że „[b]iografię uważa się za kompletną, gdy oddaje zaledwie sześć lub siedem jaźni, podczas gdy człowiek może ich mieć nawet tysiąc.” Kierując się tymi słowami, należałoby stwierdzić, że jeśli tworzyć wizualny, czy też tekstualny portret, to tylko i wyłącznie wielokrotny. Taki, który ukazywał będzie podmiot w różnych odsłonach, wcieleniach, z co najmniej kilku punktów widzenia. A zatem tworzył będzie całość z wielości, na przykład mozaikę fragmentów rozbitego lustra, jak to miało miejsce u kubistów, sekwencję ruchów (vide futuryści lub takie postaci jak Eadweard Muybridge) bądź powielone odbicie lustrzane – zabieg wykorzystany zarówno przez Duchampa jak i Witkacego. Można również  - jak Maya Deren (chociażby  w Sieciach popołudnia) - sięgnąć po różnego rodzaju techniki montażu, albo stworzyć pracę o charakterze hołdu, antologii – taką, która zrzeszając wielu autorów, opisywałaby jedną osobę. Przy okazji takiego projektu istotne zdaje się być pytanie, czy należy wówczas mówić o całościowym portrecie, wielości portretów, portrecie wielokrotnym, fragmentarycznym, a może wręcz grupowym? Inną, równie istotną sprawą jest erozja obrazu, do której dochodzi w sytuacji, gdy lustrzane powierzchnie skierowane zostają ku sobie i zamiast powielać wizerunek postaci, w nieskończoność mnożą jego odbicie – wizerunek wtórny; powielają pustkę.

Ponieważ jednak nie znajdujemy się w filmie Wima Wendersa, ani nie dążymy tu do analizy prac tego reżysera-filozofa, nie będziemy koncentrować się na erodującym, nieuchwytnym, pustym obrazie Ameryki. Omawiane wcześniej  kwestie zdają się  z kolei idealnie wpisywać w problematykę poruszaną w serialu Wszystkie wcielenia Tary, którego oryginalny tytuł United States of Tara, jest według mnie o wiele bardziej wymowny. Wprowadza on bowiem ciekawą wieloznaczność i stawia tę telewizyjną serię w szerszym kontekście. Mamy w niej do czynienia nie tylko z bohaterką o wielu wcieleniach, ale również specyficzną wizją życia w Ameryce – zawłaszczonym, oswojonym przez nią i jej bliskich wizerunkiem Stanów Zjednoczonych. Tytułowa Tara jest matką, żoną, kochanką, artystką i kobietą cierpiącą na dysocjacyjne zaburzenia tożsamości. Mogłoby się więc zdawać, że ma ona o wiele więcej wcieleń, masek, ról niż statystyczna kobieta. Istnienie takiej przeciętnej, statystycznej kobiety należałoby jednak poddać w wątpliwość (analogicznie do słów  e. e. cummingsa o tym, że nie ma czegoś takiego jak większość ludzi - „most people”). Zamiast niej w serialu otrzymujemy Tarę, która stosunkowo często przyjmuje inną tożsamość – ulega jej wpadając w stan przypominający szamański trans (po wszystkim, czyli powrocie do stanu pierwotnego, nic nie pamięta). Dzieje się tak przede wszystkim ze względu na jej chorobę psychiczną. Mimo to można odnieść wrażenie, że nie tylko o nią tu chodzi.

Tara, którą widzowie oraz jej bliscy mogą poznać na co dzień, przegląda się  w całej sieci luster oraz obrazów wtórnych, odbitych. Jej kolejne wcielenia ukazują role i tożsamości przybierane przez kobiety w ciągu ostatniego stulecia (zaznaczam, że nie jest to zbiór kompletny). Poznajemy więc stylizowaną na lata 50. perfekcyjną do bólu, wykształconą i wierzącą kurę domową Alice, która dodatkowo mówi z południowym akcentem (przywodzącym na myśl „damę z plantacji”), Bucka – lesbijkę w stylu butch, Chicken – małą przestraszoną dziewczynkę, ponętną, dziką i prowokującą nastolatkę T, terapeutkę Shoshannę – stereotypową feministkę (drugiej fali) mówiącą z nowojorską manierą oraz Gimme – nieludzką, zezwierzęconą postacią kojarzącą się ze sferą id.  Ponadto poznajemy Tarę w jej codziennych, mniej jaskrawych i przerysowanych odsłonach – tą, która próbuje uporać się ze swoimi licznymi wcieleniami, odnaleźć coś na podobieństwo równowagi, co jej pozwoli zakotwiczyć się w „tu i teraz” – realiach własnego domu, swoich bliskich – rodziny i przyjaciół.   Coś, co umożliwi jej znalezienie złotego środka pomiędzy byciem matką i przyjaciółką dla swoich dzieci, strażniczką ciepła domowego ogniska i kochanką dla męża, kurą domową oraz kobietą spełniającą się twórczo/zawodowo.

Kontekst społeczny, w którym przyszło jej żyć bynajmniej nie należy do prostych, nieskomplikowanych. Mimo że suburbia budzą raczej sztampowe, szablonowe skojarzenia, to jednak dom Tary mocno odbiega od standaryzowanego wizerunku przedmieść, do którego widzowie zostali przyzwyczajeni przez media. Podobnie jak w przypadku seriali typu Sześć stóp pod ziemią, Dexter, czy Gotowe na wszystko mamy tu do czynienia z sytuacją, w której świat otaczający prywatną enklawę głównych bohaterów wydaje się być jedynie pastelowo zabarwioną, płaską i pozbawioną życia makietą (najlepiej kontrast ten oddaje Tim Burton chociażby w Edwardzie Nożycorękim). Dom Tary również otacza tzw. normalna większość. Jej siostra nawet chciałaby się do niej przystać, wybierając sobie na życiowego partnera przystojniaka z wyższych sfer, dla którego rytuały i konwenanse stanowią wartość wyższą niż drugi człowiek. Mąż Tary, Max, również zdaje się flirtować z normalnością. Jego poglądy zdradzają nieraz konserwatyzm, przez który można odnieść wrażenie, że nie kocha on Tary, nie akceptuje jej, a jedynie znosi, toleruje. Ile przecież można jeszcze znieść? 

W serialu dochodzi on do granic wytrzymałości, coś w nim pęka i pod wpływem impulsu dopuszcza się zdrady. Nie jest to jednak powód ani do osądzania (i bardzo słusznie), ani do rozpadu związku ponieważ nie jest to jedyne pęknięcie na portrecie rodzinnym Tary i jej bliskich. Rodzina ta zdaje się być dysfunkcyjna, zepsuta do szpiku kości. Nikt w niej nie jest święty, dlatego jej flirt z normalnością kończy się totalnym fiaskiem. Syn, Marshall, kończy ze swoim życiem w zaprzeczeniu i wychodzi ze swoją orientacją z szafy. Córka, Kate, zaczyna z kolei prowadzić sekretne życie, wcielając się w postać komiksowej księżniczki Valhalli Hawkwind oraz niejako „sprzedając się” w Internecie (chodzi mi o wątek tzw. „listy życzeń”). Natomiast kolejne wcielenia Tary wyciągają z mroków podświadomości, wyparcia, czy zapomnienia liczne fakty z jej przeszłości, które od dawna – ukryte, czy nie – odciskały piętno na jej życiu codziennym.

Aż chciałoby się przypomnieć pewną wypowiedź Foucault o drzemiących w języku złogach kulturowych znaczeń, mechanizmów władzy, ideologii, których „chropowatość wygładziło długotrwałe używanie” (patrz Porządek dyskursu, s. 7). Otóż wcielenia Tary wydają mi się właśnie symptomem wspomnianej chropowatości – wypartych przez codzienną, znieczulającą powtarzalność skaz i trudności, które wiążą się nie tylko z kobiecością, ideologią i dyskursem, ale również z osobistą historią i jej bolesnymi faktami, emocjami, wspomnieniami. 

Takie spojrzenie umożliwia rozpatrywanie serialu w dwojaki sposób. Z jednej strony mamy uniwersum Tary – jej (zjednoczone) stany psychiczne, które odzwierciedlają wyżej opisane zmagania z tym, co wyparte. Z drugiej zaś strony mamy Stany Zjednoczone – ogromny obszar i rozległą topografię kulturową, w której pojawia się kolejny serial (produkcji Showtime) traktujący o fasadowym, makietowych charakterze normalności, codzienności. Kolejny głos za eksplorowaniem tego, co było wcześniej marginalizowane, za przepracowywaniem przeszłości. 

A może należy na niego spojrzeć inaczej? Może obcujemy tu z następnym nośnikiem, wyrazem amerykańskiej obsesji na punkcie psychoanalizy? Trudno to jednoznacznie określić. Jedno jest pewne: warto ten serial obejrzeć , gdyż mimo pewnych niedoskonałości, które sprawiają, że nie jest on dziełem w pełni udanym, niesie on ze sobą wiele ciekawych treści, pytań oraz skojarzeń (między innymi z genialnymi Godzinami) , co czyni go wielowymiarowym i wartościowym.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...