Komiks (27) Literatura (10) Sztuka (10) Ameryka (9) Film (9) Prasa (5) Seriale (3) Ilustracja (2) Reklama (2) Ziny (1)

niedziela, 23 grudnia 2012

:: Angielskie nieporozumienie ::

W swoim debiutanckim albumie Agata Wawryniuk wzięła na warsztat temat związany z wakacyjnymi podróżami. Na próżno w nim jednak szukać beztroski, słońca, turystycznych atrakcji czy opalonych brunetów wieczorową porą. W końcu to nie ciepła, Allenowska wizja Katalonii rodem z Vicky Cristina Barcelona, ale letni urlop po studencku i po Polsku. A więc nie dość, że na Wyspach Brytyjskich, to jeszcze na przysłowiowym „zmywaku”.

Rozmówki polsko-angielskie Agaty Wawryniuk stanowią relację z krótkiego letniego wypadu o dosyć pragmatycznym, bo zarobkowym charakterze. Wyjazdu autentycznego – jak można wywnioskować z krótkich notek zamieszczonych na skrzydełkach okładki – i zainspirowanego głównie nudą, polską smutą. Bohaterowie historii podążają za mitem Wielkiej Brytanii jako swoistego rogu obfitości – kraju dobrobytu, opływającego w korzystne oferty pracy i wszelkiego rodzaju świadczenia socjalne. Naturalnie pomiędzy pielęgnowanym w Polsce wyobrażeniem i angielskimi realiami istnieje rozdźwięk, którego stworzone – przynajmniej w sensie rysunkowym – przez Wawryniuk postaci doświadczają dopiero na miejscu. Wówczas to pojawia się rozczarowanie i na kolejnych kartach albumu autorka konsekwentnie odmienia je przez wszystkie przypadki.

Anglia okazuje się być krajem obfitującym głównie w koczujących w agencjach pracy bezrobotnych, leniwych i otyłych Brytyjczyków, wyzyskiwaczy, cwaniaków, wulgarnych typów i Polaków spod ciemnej gwiazdy. Gdzieś pośrodku tego nieciekawego towarzystwa lądują zdezorientowani główni bohaterowie opowieści, czyli Szymon, Marcel i Aga. Krótko mówiąc, sytuacja wyjściowa tej trójki przyjaciół jest niezbyt ciekawa. Już na samym początku znajdują się w dołku, z którego wcale nie jest im łatwo się wygrzebać.

Ojczyzna Beatlesów i Jamesa Bonda jest dla trojga bohaterów dostępna jedynie od zaplecza, w jak najbardziej dosłownym tego słowa znaczeniu, gdyż właśnie tam spędzają większość czasu, pracując. Nie cieszą się konsumenckimi przywilejami czy turystycznymi atrakcjami. Wykonują prace poniżej własnych kwalifikacji i z ich punktu widzenia angielski krajobraz to pasmo fabryk, w których nikt nie słyszał o BHP, brudnych domów i równie nieczystych naczyń. A oprócz różnic kulturowych i niebezpiecznych nieraz prac muszą się jeszcze borykać z barierami językowymi. Brytyjska ludność przemawia bowiem do nich niezrozumiałym dialektem, którego nie mieli szans nauczyć się w Polsce.

Miejscowość, w jakiej przebywają główne postaci albumu nie ma zbyt wiele wspólnego z fascynującymi wielkomiejskimi mitami, które napotkać można w popkulturze, bądź na kartach turystycznych przewodników. A lokalne dialekty nijak się mają do języka panoszącego się po kieszonkowych wersjach tzw. „rozmówek”. Komunikacja pomiędzy polskimi i brytyjskimi bohaterami komiksu nie przepływa równie sprawnie, jak to ma zazwyczaj miejsce w tego typu książeczkach. Brakuje w niej wspólnych punktów odniesienia, a w szczególności kulturowych ekwiwalentów. Rozmowy pomiędzy komiksowymi przedstawicielami tych dwóch narodowości nie sięgają głębiej niż small talk, a ich relacje są raczej oficjalne, związane z pracą i mimo że na pierwszy rzut oka wszystko powinno działać jak trzeba, to jedne i drugie opierają się na wzajemnym braku zrozumienia. A w zasadzie to braku chęci i potrzeby porozumienia.

Ten osobliwy rodzaj komunikowania autorka wykorzystuje w swoim albumie w dość interesujący sposób. Wawryniuk syntezuje swoją osobistą w gruncie rzeczy historię, pozbawiając ją idiosynkrazji – detali właściwych jedynie jej i osobom, z którymi podróżowała. Przyjmuje w komiksie uproszczoną formę i niespecjalnie zależy jej na ukazaniu pogłębionej psychologii bohaterów (zwłaszcza tych anglojęzycznych). Wydaje się, że ową symplifikację stosuje celowo, by dopasować swoją historię do formuły tytułowych rozmówek polsko-angielskich. A zatem w jej komiksie rzeczywiście stereotypowy Polak spotyka stereotypowego Anglika i żaden z nich nie próbuje przekroczyć granicy powierzchowności – żaden nie sięga głębiej. Pierwszego nie interesują kulturowe niuanse, bo chce jedynie dobrze zarobić i wracać do domu, drugi zaś potrzebuje sprawnego pracownika (niekoniecznie wielokrotnego użytku).

Zupełnie innym zjawiskiem są w komiksie Wawryniuk dyskusje, które mają miejsce między Polakami. Po pierwsze, z oczywistych względów występują one w albumie częściej niż rozmowy anglojęzyczne. Po drugie należą one do czynności praktykowanych niejako pod radarem Wyspiarzy, którzy z języka polskiego znają zaledwie parę słów, jeśli w ogóle. Taki stan rzeczy daje Polakom nie tylko sposobność do budowania pozorów swojskości "na obczyźnie"  oraz uprawiania w pracy tzw. "prywaty" (np. plotkowania), ale również kombinowania, załatwiania szemranych interesów. To ostatnie staje się powodem do zażenowania dla Agi, Szymona i Marcela, którzy nie spodziewali się, że przyjdzie im przekonywać się na własnej skórze o prawdziwości obiegowych i - dodajmy - negatywnych wyobrażeń o rodakach za granicą.

W wykonaniu Agaty Wawryniuk rozmówki polsko-angielskie stanowią więc przede wszystkim opowieść o mitach i stereotypach. To głównie owe kulturowe klisze zasilały bagaż trojga przyjaciół podczas podróży na Wyspy i z powrotem. Jedynym, co zmieniło się w czasie dzielącym dwie przebyte przez nich odprawy lotnicze, to charakter wspomnianych klisz. Z początkowych pozytywów, na koniec wyszły bowiem negatywy. Inaczej rzecz ujmując, przysłowiowa zieleńsza trawa po drugiej stronie płotu, po prostu wypłowiała. Natomiast ta sama Polska, która dla Szymona, Agaty i Marcela zionęła wcześniej nudą, nagle zaczęła mienić się bogactwem niuansów i ciekawych perspektyw na przyszłość.

Debiutancki album wrocławskiej rysowniczki nie opowiada o życiu w nowym języku, przedzieraniu się przez kulturowe bariery i nieustannym tresowaniu narządów mowy. Inaczej niż na przykład w Zagubionym w przekładzie Evy Hoffman czy Persepolis Marjane Satrapi, nie zostały w nim opisane problemy towarzyszące konieczności ingerowania we własną tożsamość, wewnętrzny kulturowy software – ten sam, który nakazuje jednym poruszać się jezdniami w trybie lewostronnym i nazywać frytki chipsami, a innym nosić stroje, które w swojej obszerności i bezkształtności pochłaniają ciało od stóp do głów, z wyłączeniem oczu i dłoni.

Rozmówki polsko-angielskie nie odsłaniają kulisów długotrwałego i trudnego procesu translacji, a demonstrują poszukiwanie pierwszych lepszych ekwiwalentów pod ręką. Album ten traktuje o tym, jak niewielką rolę odgrywa kontekst kulturowy dla turysty osobliwego - takiego, który nie wypoczywa i nie zwiedza. Dla dorabiającego w wakacje studenta, który przepływa przez zaplecza kuchenne i schowki na miotły obcego kraju, zaglądając „tambylcom” nie w oczy, a do kieliszka i talerza. Opowiada o fenomenie pracy tymczasowej dotyczącym pokolenia polskich dwudziesto- i trzydziestoparolatków oraz towarzyszących mu kulturowych wyobrażeniach.

Komiks ten mówi gorzką prawdę, ale – jako że autorka przyjmuje w nim konwencję sprowadzającą wszystko do formy stereotypu – tylko częściową. Jednocześnie osładza ją poprzez utrzymaną w cartoonowej estetyce warstwę wizualną. To właśnie dzięki tej eklektycznej płaszczyźnie obrazkowej, którą Wawryniuk we właściwy sobie sposób zaludniła świetnie zaprojektowanymi postaciami o różnorodnych, przezabawnych fizjonomiach, opowieść zyskuje na odrobinie humoru.

Oczywiście zarówno tę uproszczoną konwencję, jak i lekki ton warstwy wizualnej można by potraktować jako zarzut, twierdząc, że opowieść wrocławskiej artystki jest najzwyczajniej w świecie błaha. Jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że autorka świadomie zagrała formułą „rozmówek” - kliszą i mitem. Zrobiła to, by podkreślić pozorność, fasadowość komunikacji między bohaterami dwóch narodowości oraz odbywające się pod nosami Wyspiarzy emigranckie dyskusje. Ponadto, zwróciła uwagę na mentalność Polaków wyjeżdżających za granicę oraz wizję łatwego zarobku, która przemawia do nich niezmiennie od dziesiątek lat. Na mit, który mimo że ciągle zmienia długość i szerokość geograficzną, to jednak pozostaje ten sam.


Więcej o komiksie przeczytać można na stronie wydawcy.

piątek, 21 grudnia 2012

::Wielki atlas, luźne związki i drobne aberracje::

W ostatnim numerze "Zeszytów Komiksowych", tym poświęconym twórczości Śledzia, ukazała się moja recenzja Wielkiego atlasu ciot polskich. Jeśli nie mieliście okazji tego tekstu przeczytać, a jesteście ciekawi mojej opinii na temat wspomnianego albumu, to zapraszam do lektury.


Okładka kokietuje nieco staromodnym wąsikiem, a zawartość uderza różnorodnością, dystansem i świeżością. Wydany nakładem Ha!artu Wielki Atlas Ciot Polskich to nie odgrzewany kotlet z Lubiewa, ale ciekawe połączenie dwóch tematów, które w Polsce niezmiernie rzadko idą w parze. Spotkanie komiksu i homoseksualizmu – bo o nim tu mowa – to dobry pretekst, by pomówić o kulturowych niszach oraz inności, nie tylko seksualnej.

Koncepcja graficznej adaptacji powieści Michała Witkowskiego może wydawać się prosta. Pomysłodawcy tego albumu dalecy byli jednak od oczywistego podejścia do tematu, które nakazałoby im zgromadzić bohaterów książki, usystematyzować i przedstawić ich losy w sposób boleśnie wierny oryginalnej opowieści i pozostawiający niewiele miejsca dla wyobraźni. Zamiast zaserwować czytelnikom wielki atlas ciot, wprost, bez ogródek, potraktowali Lubiewo jako impuls do stworzenia czegoś więcej tj. rozległej – choć niewyczerpującej – topografii komiksu i okolic.

Oprócz przegiętych bohaterów z kart powieści, w antologii zebrano grono artystów wywodzących się z różnych zakątków kultury wizualnej. Dzięki temu otrzymano dwadzieścia osiem różnych spojrzeń na „ciotowski Dekameron” Witkowskiego oraz tyle samo mniej lub bardziej komiksowych dialektów twórczych. To właśnie na płaszczyźnie wizualnej czytelnik doświadczyć może „atlasowego” bogactwa, różnorodności oraz komiksowej inności albumu. W końcu do pracy nad nim zaproszeni zostali autorzy niekoniecznie traktujący medium komiksowe w sposób wiążący, przestrzegający określonych rygorów tworzenia. Co więcej, w Wielkim Atlasie... można odnaleźć prace zarówno rysowników doskonale poruszających się w rzeczywistości komiksu i trzymających się jego bardziej tradycyjnych form, jak i autorów, którzy mimo komiksowej biegłości pozwolili sobie na drobne aberracje, odstępstwa na rzecz form bliższych dizajnowi czy ilustracji niż klasycznym opowieściom w obrazkach.

Jak taka mieszanka wpływa na płynność lektury? Cóż, nie odbywa się ona ani gładko, ani linearnie. W momencie, gdy czytelnik przyzwyczaja się do rytmu opowiadania jednego artysty, zostaje z niego wytrącony przez kolejnego. Taki urok antologii, ale to nie wszystko, bo przy Wielkim Atlasie... ta sytuacja zostaje dodatkowo skomplikowana. Wielu współtworzących go artystów dąży do uniezwyklenia lektury, zmieniając jej kierunek oraz trajektorie; poszukując graficznej formy w tekście oraz skłaniając odbiorcę do lektury obrazów. Ponadto część z nich sprawiła, że opowieść wizualna płynie nieco innym torem – równoległym, a nieraz nawet przeciwnym – wobec tekstowej.

Wierność w stosunku do literackiego pierwowzoru bywa przez poszczególnych twórców różnie definiowana. Czasem ustępuje ona luźnym, niezobowiązującym związkom. Otwierająca antologię Aligatorzyca autorstwa Olgi Wróbel jest opowiedziana wiernie, w sposób klasyczny i bez przegięcia – ani graficznego, ani „ciotowskiego”. Również opierająca się na silnym kontraście Aptekara zachowuje swój charakter u Daniela Chmielewskiego, który zrezygnował z linearnego układu opowieści, by podkreślić relacje między postacią a jej tłem, otoczeniem. Po niej w albumie następuje Dianka, historia młodego, bezdomnego geja. W pierwszej odsłonie opowiedziana zdawkowo na afiszach, w manierze plakatowej, w drugiej, w opowieści Agaty Wawryniuk, pojawia się w formie cyfrowego melanżu foto-graficznego, zimnego, szarego i obojętnego. Autorki obu wersji stworzyły dość swobodne interpretacje książkowej historii.

Opowieści o takich postaciach, jak Łucja Kąpielowa to z kolei przesyt barw cukierkowych. W połączeniu z kreską Daniela Gutowskiego skutkują one wewnętrzną sprzecznością pomiędzy warstwą wizualną a poruszaną – smutną w gruncie rzeczy – tematyką. Dysonans jak najbardziej na miejscu, jeśli wziąć pod uwagę charakter i ton pierwowzoru. Słodka jest też plażowa opowiastka Ady Buchholz i różowa Paula Ewy Juszczuk. Nie ma w nich jednak takiego przegięcia, jakiego doświadczyć można w historii Macieja Pałki i Karola Konwerskiego, którzy postawili na formę plotkarską, wręcz pudelkową .


Najciekawszą grę z oryginalną opowieścią, otwiera Balbina Bruszewska, operująca przegięciem i estetyką kampową we Fredce. Autorka nie szczędzi Lubiewu zabawnych komentarzy, które swobodnie wtrąca na planszach pokrytych ilustracjami oraz fotografiami z innej czasoprzestrzeni. Co więcej, w zasadzie to jedna z niewielu prac, w których pojawia się stylizacja na epokę, staromodna estetyka, jakiej bohaterowie powieści doświadczali jedynie w formie urojeń, wyobrażeń budowanych na przekór przaśnym realiom PRL-u. Do estetycznych fantazji peerelowskich ciot nawiązuje też co prawda Janek Koza, ale u niego chodzi o blichtr z gatunku telewizyjnych, a zatem o tęsknotę za pięknem nowym, zachodnim. Inaczej do tego samego tematu podszedł Maciej Sieńczyk, sprawiając że zgniły tapczanowo-zasłonowy koloryt otaczającej rzeczywistości zdominował, a nawet wyparł, wszelką egzotykę z marzeń bohaterów.

A pozostałe części Atlasu? Fragmenty zatytułowane Piersi, Przemiany, Gizela i Grupa z Poznania zwracają uwagę zerowym poziomem emocji. Pierwsza z powyższych opowieści jest dokonanym z lingwistyczną obojętnością przekładem tekstu na język graficzny. Podobnie wygląda to w Przemianach Agnieszki Piksy, chociaż u tej autorki pojawiają się interesujące, metamorficzne kształty zawieszone gdzieś pomiędzy rysunkiem, znakiem a komiksowym kadrem. Gizela w wydaniu Kuby Woynarowskiego to historia cioty uprzedmiotowionej. Narracja tekstualna spotyka się w niej ze schematem budowy magnetofonu (jego graficznym opisem), a napięcie literackie z elektrycznym. Schematyczny motyw ciekawie prezentuje się też w pracy Jacka Stefanowicza, w której opowiada on o grupie nowomodnych gejów jako o papierowych modelach – do wycięcia i sklejenia.


W postawie poszczególnych artystów wobec Lubiewa interesujące jest dodatkowo to, w jaki sposób odwoływali się oni do tematyki i estetyki homoseksualnej. W wielu historiach pojawia się znacząca paleta barw, w innych dominuje jedna – różowa. Tu i ówdzie zarysowuje się nieśmiały ornament, przegięty gest czy mina. We wspomnianej już wcześniej Fredce widać śmielszą grę kampem . Dobrze wypada pod tym względem praca Michała Rzecznika, który sięgnął do alegorii zwierzęcych i estetyki amerykańskiego podziemia, a także Mikołaja Tkacza, który z kolei wybrał ostre, odrealniające kolory, sugerując, że opowiada historię nie z tego świata. Polski ludowy akcent nadał tematowi Sławomir Shuty, który podsumował gejowską tematykę quasi-świętym oburzeniem, wziętym we właściwy sobie cudzysłów. W komiksie Krzysztofa Ostrowskiego pojawia się natomiast trafne zestawienie policyjnego munduru i ciotowskiego kostiumu. Czy można doszukiwać się w tym nawiązań do komiksowych wizerunków gejów stworzonych kilkadziesiąt lat temu m.in. przez Toma z Finlandii? Wydaje się, że twórcy Wielkigo Atlasu nie dążyli usilnie do dialogu ze stereotypowymi obrazami tego rodzaju.

Kwestie charakterystyczne dla komunistycznego pokolenia ciot – plagi, ekscesy, przerysowanie – autorzy w większości, podobnie jak Witkowski, pozostawili wyobraźni czytelników. W końcu te wszystkie epokowe kostiumy i wizje seksualności, których chwytali się bohaterowie Lubiewa, w binarnym świecie Rzeczpospolitej Ludowej nie ulegały materializacji. Z drugiej strony, warto zwrócić uwagę na to, że codzienność owych bohaterów uderzała charakterystycznym zapaszkiem polskich realiów i nie brakowało w niej przemocy, a i tych elementów rysownicy nie ukazywali szczegółowo, pod graficzną lupą, pozwalając by oddziaływały przede wszystkim poprzez warstwę tekstualną.

W Wielkim Atlasie Ciot Polskich powieść Witkowskiego przełożona została na język nie peerelowskiego, a bardziej współczesnego komiksu, często nie dającego się ująć w jakiekolwiek normy. Mimo to jej przywiązani do mroków PRL-u bohaterowie, którzy trzeciej RP nigdy nie wpuścili do domu, nie zostali poddani transformacji w papierowe modele typu „kopiuj/sklej” i zachowali zdolność pobudzania wyobraźni. Luźne związki z oryginałem, jakie można dostrzec w antologii, nie są jednak płytkie i raczej pozytywnie wpływają na lekturę. Bo – zmieniając nieco wypowiedź jednej z książkowych postaci – z wiernością, bliskością i przytłaczającą dosłownością, to ja nie chcę.

niedziela, 25 listopada 2012

:: Uroczo i absurdalnie ::


Historie o tym, w jakich okolicznościach dwoje ludzi może poznać się i zakochać potrafią być niesamowicie kameralne, osobiste, ale zdarzają się też takie, zakrojone na ogromną skalę z mnóstwem statystów i pobocznych wątków. Niewielkich rozmiarów książeczkę, która trafiła w moje ręce podczas tegorocznego MFKiG w Łodzi zdecydowanie można zaliczyć do tej pierwszej grupy. Wspomniany wcześniej temat został w owej drobnej publikacji podjęty w tak kameralny, prosty, bezpośredni i naiwny sposób, że można by ją łatwo posądzić o błahość. Jednak, moim zdaniem, byłoby to zbyt pochopne stwierdzenie.

Wydane nakładem Ładnego Halo Jak się poznaliśmy Joanny Guszty to uroczo absurdalna historyjka opowiedziana bez słów, ale za to przy pomocy wielu tekstur. Każda strona opowiastki imituje miękkość tkaniny. Imituje, bo jest tylko jej zeskanowanym wspomnieniem. Prawdziwych wrażeń dotykowych mogłaby dostarczyć jedynie lektura oryginału, ale i ta wydrukowana wersja niepozbawiona jest swego rodzaju wdzięku i tej bardziej metaforycznej, lub ujętej w cudzysłów „miękkości”.

Najwłaściwszymi słowami do opisania książeczki autorstwa Joanny Guszty wydają się prostota oraz przytulność. Opowiedziana przez ilustratorkę historyjka jest skromna, nieprzekombinowana, a także nie aspiruje do żadnych wielkich narracji. Jej lektura trwa zaledwie chwilę i jest niezmiernie lekka, przyjemna. Autorka przedstawia losy swoich bohaterów przy pomocy niezdarnie wyciętych kształtów i krzywo wyszywanych linii. Ogranicza świat przedstawiony do zaledwie kilku pomieszczeń i fragmentów pejzaży. Reszta jest dla niej milczeniem, wytłumionym hałasem, szumem lub po prostu nieistotnym detalem. Taki sposób opowiadania w swej naiwności przypomina twórczość dziecięcą.

To ostatnie skojarzenie ma jednak pozytywny wydźwięk. Książka jest efektem w pełni świadomych, trafnych działań ilustratorki. Wykorzystane przez autorkę motywy tekstylne po prostu „się kleją”, dobrze ze sobą współgrają. Natomiast koślawość form przydaje całej historyjce uroku. Nie ma w niej elementów czy też wątków szytych nazbyt grubymi nićmi. Na próżno też szukać w niej wrażeń mrożących krew w żyłach (bądź koszmarnych kompozycji). Można co najwyżej odnaleźć mrożonki kryjące całkiem miłe niespodzianki. Bo Jak się poznaliśmy to właśnie taka domowa, kuchenna opowiastka. Historyjka o samotności, gotowaniu, wózkach widłowych i nieoczekiwanych spotkaniach.

Więcej o tej oraz innych książkach wydanych przez Ładne Halo można przeczytać na stronie internetowej  oficyny. Zachęcam, naprawdę warto!

niedziela, 19 sierpnia 2012

:: Osiedlowa nuda i językowe skamieliny ::

Na stronie "Zeszytów Komiksowych" pojawiła się już kolejna recenzja mojego autorstwa. Poniżej fragment. Zapraszam do lektury!

GadKaszmatka to istny pożeracz czasu. Zastosowana przez Dominika Szcześniaka pisownia tytułu sprawia, że brzmi on dwuznacznie. W efekcie, oprócz gadki, czytelnik otrzymuje gada - kreaturę, która jest wyjątkowo żarłoczna i gustuje w nieuchwytnym oraz nienamacalnym rodzaju pożywienia. Ta, chciałoby się powiedzieć, nazbyt prosta gra słowna została przez Szcześniaka wykorzystana w zabawny sposób. Jego komiks nie razi dosłownością, a raczej bawi tym, co dzieje się między słowami. Nie ma tu krokodyli goniących za zegarkami, ale jest za to sporo gadaniny oraz językowych reliktów przeszłości.

Album zaczyna się od sceny, która utrzymana jest w duchu prymitywnym, prehistorycznym, a na dodatek rozwija myśl zawartą w tytule. Gad Kaszmatka jest w niej stworem znanym jedynie z legend oraz podań ustnych. A zatem jest wytworem wyobraźni, tematem rozmów lub - jak kto woli - rodzajem mowy pierwotnej. W zasadzie tak pozostaje do końca albumu. Tyle że w dalszej jego części jest już po prostu gadką szmatką - mową ociekającą frazesami. Czytaj dalej

sobota, 9 czerwca 2012

:: Zbiór zadań z wyobraźni i archeologii ::


Kolejna moja recenzja dla "Zeszytów Komiksowych" dotyczy działań twórców z obiegu zinowego, którzy stworzyli album na zlecenie pewnego muzeum. Zapraszam do lektury!

Komiksowa specgrupa Maszin jest pełna pomysłów i przygotowuje wiele niespodzianek. Rysownicy z nią związani zawsze mają w zanadrzu element zaskoczenia. Nie dość, że na wspólnym blogu eksplorują marginesy komiksu, a na wystawach efekty swojej pracy prezentują w galarecie, to jeszcze okazuje się, że czwórka z nich stworzyła niebanalny album na zamówienie publiczne, album darmowy i urokliwie pstrokaty.

Na myśl o takiej publikacji niejeden czytelnik chwyciłby się za głowę. Zrobiłby to dlatego, że powracające w kulturze mity o komiksie najczęściej pojawiają się w kontekście dyskusji o albumach powstających na zlecenie instytucji państwowych. Wówczas to jak spod ziemi wyskakują banały typu "komiksy są dla dzieci". Potem następuje debata o tym, jak miałkie i propagandowe treści owe publikacje zawierają oraz jak niski poziom artystyczny prezentują.

Albumy wykonywane na zamówienia publiczne powstają często w pośpiechu i budzą w czytelnikach pewną dozę nieufności. Nie zawsze jest ona jednak uzasadniona. Na polskim rynku komiksowym nie brakuje tytułów stanowiących dowód, że tego typu publikacja może być ciekawa i nieszablonowa. Do takich z pewnością należy komiks twórców związanych z grupą Maszin pt. Tu powstała Polska. Przewodnik dla dzieci, który wydany został przez Muzeum Archeologiczne w Poznaniu. Czytaj dalej

sobota, 28 kwietnia 2012

::: Uwaga! Droga wewnętrzna :::

Potencjalny czytelniku Batona III, o ile istniejesz - w co wątpi jego autor - przed lekturą albumu weź parę kaloszy, inaczej nie wyjdziesz stamtąd żywy. Czeka cię bowiem podróż po grząskich terenach, w które łatwo wsiąknąć. Może i obędzie się bez mokrych snów, ale przygotuj się na wizytę w lepkich, intymnych obszarach życia artysty ludowego Sławomira Shutego.
Ponieważ opisywane w komiksie tereny autor zna jak własną kieszeń, nie masz się, drogi czytelniku, czego obawiać. Na samym początku otrzymasz mapę i, gdy tylko przebrniesz przez zalesione gęstwiny pierwszych stron, na drodze spotkasz wykwalifikowanego przewodnika. To człowiek, który nie przebiera w słowach i najwyraźniej nie ma nic przeciwko temu, byś z buciorami wszedł w jego życie. Dlatego możesz od razu pominąć wycieraczkę z napisem "welcome" oraz wszelkie społecznie przyjęte grzeczności. Zresztą, jak się później dowiesz, obuwie warto mieć czasem brudne, ponieważ bliżej w takim do oświecenia.Czytaj dalej

wtorek, 24 kwietnia 2012

::Janek Koza: Polaków uczestnictwo w kulturze. Raport z badań 1996-2012::

Mniej więcej w połowie lutego zastałam w swojej skrzynce mailowej miłą niespodziankę. Maciej Gierszewski  zaprosił mnie do kolaboracji przy bardzo ciekawym projekcie. Chodziło o przygotowanie wywiadu z mgr Janem Kozą do katalogu z wystawy, która miała odbyć się na tegorocznej Ligaturze. Gdy już minęła pierwsza fala zdziwienia, przyszedł czas na decyzję. Naturalnie, zgodziłam się. Rozmowa z artystą miała pełnić funkcję informacyjną i zastąpić miejsce "nudnego" biogramu. W międzyczasie ta (dodam: pozornie prosta) koncepcja uległa jednak zmianie i do katalogu trafił tak wywiad, jak i rys biograficzny.

Tymczasem kwiecień dobiega już końca, Ligatura za nami, a książka trafiła do sprzedaży. Zarówno o niej, jak i o wystawie pojawiło się już sporo informacji. Dlatego pomyślałam sobie, że może i ja powinnam napisać krótko o swoim, bądź co bądź, bardzo skromnym wkładzie w prace nad projektem.

Współpraca pomiędzy mną, a moim rozmówcą nie należała do problematycznych. Janek Koza jest miłym, interesującym człowiekiem z poczuciem humoru. Myślę, że doskonale widać to właśnie we wspomnianym wywiadzie (który opublikowany został również na łamach Ziniola). Z początku wydawało mi się, że rozmowa z nim będzie niełatwym zadaniem. Ostatecznie uważam, że udało nam się spotkać gdzieś w połowie drogi, albo przynajmniej na poboczu, czy w tzw. "pomiędzy". Natomiast główne utrudnienie stanowił czas, którego twórca ten nie posiada w nadmiarze. 

Jeżeli jesteście ciekawi tajemnic, lub anegdotek "z zaplecza", to pozwolę sobie przytoczyć tylko jeden szczegół. Mianowicie, pod koniec pracy nad wywiadem otrzymałam od mgr Kozy jedną odpowiedź w prezencie.  Była to jego reakcja na pytanie, które przedtem nie padło. Janek zaproponował, abym przyporządkowała jej jakieś zagadnienie (zapytanie) i tak też zrobiłam. To tyle - taka drobna rzecz, którą postanowiłam "wypaplać" jedynie częściowo, nie psując przy tym zabawy...

Ponieważ nie planowałam dłuższej notki, pozwolę sobie na w miarę zwięzłe podsumowanie. Bardzo się cieszę, że miałam okazję pomóc przy tak interesującym przedsięwzięciu. Od lat jestem fanką twórczości Kozy, więc była to dla mnie czysta przyjemność.

Jeżeli chodzi o sam album, to szczegółowe informacje znajdziecie poniżej, albo na stronie wydawcy.

Janek Koza - Polaków uczestnictwo w kulturze. Raport z badań 1996-2012

Fundacja Tranzyt / Centrala - Central Europe Comics Art
Poznań 2012
Format: 191x222 mm
Ilość stron: 100

© 2012 Janek Koza. All Rights Reserved

Redakcja: Maciej Gierszewski
Projekt i skład: Kira Pietrek
Korekta: Natalia Słomińska

Katalog wystawy o tym samym tytule, która miała miejsce w ramach
3 Międzynarodowego Festiwalu Kultury Komiksowej Ligatura.
Wystawę prezentowano w dniach 19-29.04.2012 w siedzibie Biblioteki Uniwersyteckiej UAM w Poznaniu.

Posłowie: dr Adam Rusek
Wywiad z Jankiem Kozą i nota biograficzna: Magdalena Rucińska

Druk i oprawa:
ZAKŁAD POLIGRAFICZNY MOŚ & ŁUCZAK Sp. j.

ISBN: 978-83-934751-1-7


sobota, 21 kwietnia 2012

:: Absolutnie szczelny ::

Po dłuższej przerwie, w dziale recenzji "Zeszytów Komiksowych" znów pojawił się mój tekst, tym razem spisałam przemyślenia, jakie towarzyszyły mi podczas lektury Gedeona zebranego. 

Szkicowe, nierówne fabuły, warsztatowo dopracowane rysunki zestawione z syntetycznymi formami, zróżnicowana stylistyka, wsobne i niezbyt klarowne komentarze odautorskie. Takie wrażenia pozostawia po sobie Gedeon zebrany.

Wydany nakładem Ważki album Daniela Grzeszkiewicza - znanego również pod pseudonimem "Gedeon" - to zbiór krótkich form komiksowych, które w ciągu ostatnich piętnastu lat publikowane były na łamach zinów i w różnych antologiach. Co prawda autor wzbogacił swoje prace o nowe ilustracje oraz dodał do zbiorczej publikacji dodatkowe, gościnne historie, niemniej składa się ona w dużej mierze z prac powstałych na potrzeby innych wydawnictw zbiorowych. Album rozpada się na wiele części, które łączy głównie pseudonim twórcy oraz powtarzalność pewnych motywów. Czytaj dalej

wtorek, 28 lutego 2012

:: Bałkański sen o przeszłości ::


Od kilku dni na stronie Zeszytów komiksowych można przeczytać mój tekst o komiksie Borisa Stanića. Zapraszam do lektury całości.

Poranna mgła to efekt zderzenia różnych temperatur. To gra o nieprzejrzystych zasadach - taka zabawa w "zimno-ciepło", w której nie sposób odróżnić zły trop od dobrego. Mgła zaciera kontury, wspomnienia i granice. Mimo to Boris Stanić porusza się po jej terytorium z zamkniętymi oczami. Pozwala się prowadzić intuicji, unikając zdroworozsądkowych rozwiązań.

Autorowi wydanego właśnie komiksu Radosav. Poranna mgła nie zależy na chłodnej kalkulacji ani sielskich, nazbyt ciepłych wrażeniach. Wszelkie wskazówki czerpie z własnego wnętrza - z obrazów, które tlą się po jego powiekami. A wszystkie krążą wokół postaci jego dziadka, Radosava. To on jest głównym bohaterem komiksu i Stanić dokłada wszelkich starań, by pozostać wiernym wrażeniom i wspomnieniom, jakie pozostawił po sobie jego przodek. Czytaj całość

środa, 15 lutego 2012

:: Duże problemy w małostkowym świecie ::


Frędzle, rogi, dzwonki, mocne i czyste kolory... jakkolwiek śmieszna i niemodna, czapka błazna jest niezaprzeczalnie cenną zdobyczą. Dzięki niej można powiedzieć wszystko, a przynajmniej znacznie więcej niż jej nie posiadając. Pozwala ona na niebywałą szczerość, ponieważ słowa szaleńca lub komika i tak mało kto potraktuje poważnie. W razie, gdyby tak się jednak stało, można owo nakrycie głowy zdjąć i zasłonić się wymówką o żartach i wygłupach. Błazeńska czapka to zatem niezmiernie wygodna osłona – warstwa chroniąca przed konsekwencjami słów oraz czynów. Sprawia, że z wszystkiego da się zrobić zabawę,  którą można w każdej chwili odwołać, zakończyć by wrócić do rządzącej się prawami rozsądku codzienności. 


Małych dzieciachfilmie opartym na motywach powieści Toma Perroty, jeden z bohaterów nosi właśnie takie okrycie głowy. Zakłada je jednak tylko w obecności ojca tak, jakby spędzony z nim czas pozbawiony był autentyzmu i zaangażowania, które zapewnia mu matka.Wspomniany bohater jest jeszcze dzieckiem, a więc to, co robi jest na wskroś instynktowne. Mimo to, jego działania wydają się uzasadnione. Co prawda jego tata – Brad – aktywnie uczestniczy w życiu rodzinnym, ale cały czas wydaje się być nieobecny myślami. Niezależnie od tego, czy fizycznie, czy jedynie marząc na jawie – wymyka się z domu, by fantazjować o innym, beztroskim życiu. Oczywiście nie robi tego z premedytacją. Z początku nawet nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Jednak po jakimś czasie, jego marzenia zaczynają przybierać realne kształty. Natomiast on gdzieś po drodze traci rozum, a w zasadzie to tylko zdrowy rozsądek.

Podobnie dzieje się w przypadku innych bohaterów tego filmu. Wśród nich odnaleźć można Sarah, która udaje, że musi pracować, gdy córka prosi ją o odrobinę uwagi. Jej męża, który w zaciszu biura masturbuje się, oglądając zdjęcia infantylnie wystylizowanej kobiety. Schludnie ubrane mamy z przedmieść, które codziennie chodzą na plac zabaw w nadziei, że spotkają tam przystojniaka za plecami nazywanego „królem szkolnego balu” (ang. prom king).

Ogólnie rzecz biorąc, owe niedojrzałe i osobliwe nastroje ogarniają niemalże całą zamieszkiwaną przez bohaterów okolicę. Zwłaszcza, że na horyzoncie znów pojawia się Ronnie – człowiek skazany już jednokrotnie za obnażanie się przed nieletnimi. Nawet zwykła wizyta na basenie kończy się w jego przypadku zbiorową paniką okolicznej ludności oraz interwencją policji. Ten wątek wskazuje na ogromną trudność, jaką dorosłym mieszkańcom przedmieść sprawia radzenie sobie z obecnością pedofila w dojrzały sposób.

Co więcej, w filmie Todda Fielda nikt prócz dzieci nie wydaje się być jednoznacznie niewinny. Jednak paradoksalnie to właśnie infantylne i niedojrzałe zachowania prowadzą w nim do dramatycznych sytuacji. Małe dzieci ukazują zatem jak płynne granice dzielą to, co dziecięce i dziecinne – małe szkraby oraz infantylne olbrzymy.

Takie tropy reżyser podrzuca widzom już w samym trailerze. Widzimy w nim zabawkową kolejkę, która nadciąga z rumorem godnym prawdziwego pociągu i podobnie jak on, wprawia wszystko w drżenie. W dalszej części filmu pojawia się też historia chłopca, który został zastrzelony przez policję podczas zabawy plastikowym pistoletem. Stało się tak ponieważ jego dziecięca atrapa pomylona została z prawdziwą bronią palną. Na podobnym zestawieniu bazował również napisany przez Larsa von Triera scenariusz do filmu Moja droga Wendy. Z tym, że u duńskiego twórcy zabawka okazała się działać na ostrą amunicję, a udające kowbojów dzieci walczyły z policją jak autentyczni przestępcy. Jednak w obu przypadkach gra brzemienna jest w realne, śmiertelnie poważne skutki.

Szczęśliwym trafem, głównym bohaterom Małych dzieci - Bradowi i Sarah – nie przydarza się nic równie strasznego. Drobny wypadek i kilka chwil grozy sprawiają jedynie, że spadają im z głów czapki błaznów. Kończy się zatem czas wygłupów i obydwoje wracają do zdrowych zmysłów. Naturalnie ich postawy ulegają zmianie. Po własnych nieodpowiedzialnych i szaleńczych przygodach, potrafią sobie już należycie radzić z tym, co w ich życiu bezbronne i niedojrzałe – z małymi dziećmi.

Wyreżyserowany przez Todda Fielda film to estetyczne zdjęcia i dobrze wyważone kadry, ale przede wszystkim świetny scenariusz. Nawet przez chwilę nie przestaje zaskakiwać widza zabawnymi i jednocześnie przykrymi, a nawet dramatycznymi sytuacjami. Balansuje na granicy lekkości i ciężaru, sprawiając, że każdy wybuch śmiechu ma nieco gorzkawy posmak. Ale przecież to tylko filmowa fikcja, można więc w każdej chwili zakończyć seans, uznając go za kolejną bezsensowną zabawę...

:: "Złote pszczoły" i słodko-gorzki smak życia w międzywojennej Warszawie ::


Niedawno, na łamach Kolorowych zeszytów opublikowany został mój tekst o antologii Złote pszczoły. Zapraszam do lektury.

Dla wielu ludzi pszczoła to mały, nieistotny owad. Co prawda, w kulturze zachodniej zdążyła się przyjąć jako synonim posłuszeństwa i pracowitości. Nie każdy jednak, zajadając miód, myśli przy okazji o tym, że życie pszczoły może nie mieć równie słodkiego smaku. Innymi słowy, nie dla wszystkich to drobne stworzenie coś znaczy... czytaj całość

niedziela, 12 lutego 2012

:: Papierowe linie lotnicze. Niecodzienne podróże z "Tymczasem" ::


Parę dni temu na stronie działu recenzji ZK pojawiła się moja recenzja "Tymczasem". Kilka słów wstępu zamieszczam poniżej, a resztę znajdziecie na wspomnianej witrynie. Zachęcam do klikania. 

Wbrew pozorom podróże w czasie to bagatela. Każdy dzień jest przecież wyprawą w przyszłość. Zdarza się jednak, że wybieramy środki transportu, które poruszają się na przekór wszelkim terminarzom. Kiedy stery trzyma Grzegorz Janusz, a o widoki dba Przemek Truściński, możemy spodziewać się co najmniej niecodziennych wrażeń...
Czytaj całość

piątek, 20 stycznia 2012

:: Martwa natura z robotem. Komiksowy manieryzm Winshlussa ::

Przy jednej z głównych ulic mojego miasta, znajduje się nieduży pasaż handlowy, jeden z tych starszych, których elewację zdążyła pokryć już niezbyt szlachetna patyna ulicznego pyłu i dymu z samochodowych rur wydechowych. Kiedyś dostrzegłam w nim witrynę nieczynnego sklepu, która po brzegi wypełniona była nagimi manekinami. Pokryta gdzieniegdzie białym pyłem szyba bezwstydnie pokazywała, obnażała wobec przechodniów opłakany stan wnętrza, które jeszcze jakiś czas temu pełniło funkcję obiektu handlowego. Ważniejsze od gołych ścian, wydawały się jednak stłoczone w witrynie do granic możliwości manekiny. Nagie, pozbawione to jednej, to dwóch kończyn, lub tułowia. Te, które miały głowę wlepiały swój wzrok w szybę, ulicę albo siebie nawzajem. Jednolite sylwetki, makijaże, puste spojrzenia, różne obrażenia. Wszystko to sprawiało, że widok witryny przypominał przekrój poprzeczny nietypowej komory brzusznej, w której podziwiać można częściowo strawione resztki posiłków – ostanie zdobycze miejskiego konsumenta.

Najgorsze były obojętne twarze manekinów oraz ich rozsypane ciała. Bez uczuć, bólu i jakiejkolwiek interakcji. Sztuczne ciała-przedmioty. Martwa natura. Dekoracja, którą odarto z marketingowej osłony. Nie otula jej już estetyczny software marki odzieżowej, dlatego też nie szuka kontaktu wzrokowego z przechodniem. Manekin trwa bez ruchu, nic nie wyraża, nie mówi, dlatego też nie budzi, nie pobudza, nie wzbudza (nic prócz ewentualnego niepokoju). Nie ożywia go czyjaś dłoń pociągająca za sznurek, żaden wewnętrzny mechanizm ani ładunek emocji. Nie przysparza więc żadnych problemów. Trwając niezmiennie w swej bierności, w milczeniu godzi się na to, co się z nim i wokół niego dzieje. Dla Alvina Tofflera manekin był synonimem człowieka pozbawionego jakiegokolwiek głosu, prawa i kompetencji w społeczeństwie, państwie, kulturze. Rzeczywiście trudno w przypadku nieruchomej „lalki” mówić o jakiejś formie komunikacji, czy uczestnictwa. Poza tym, mimo że manekin nie jest pusty, nie posiada też żadnego wnętrza. Nie ma więc ani co, ani czym komunikować.


Daleko mu zatem do ożywienia i wyrazu rzeźby, marionetki, czy innych człekokształtnych, ludzkich tworów. Niemniej mogą one być równie niepokojące, ponieważ łączą w sobie elementy tego, co żywe i martwe. Tego, co jest człowiekiem i tego, co nim nie jest. Na tym zestawieniu zdaje się opierać wymowa takich filmów, jak Blade Runner, Edward nożycoręki oraz A. I. Sztuczna inteligencja, w których nietrudno dostrzec swoiste wariacje na temat historii o Pinokiu. W każdym z nich pojawia się postać, która jest ludzka i sztuczna za razem, a na dodatek marzy o prawdziwym człowieczeństwie. Co więcej, wszystkie mają w sobie coś z bajki – jakiś odrealniony, umowny element. W Blade Runnerze jest to przede wszystkim scena w domu „lalkarza” - sympatycznego i naiwnego mężczyzny, który był konstruktorem rozmaitych – mechanicznych i ożywionych – zabawek, a także współtwórcą androidów. Będąc prostodusznym rzemieślnikiem, pełnił on w filmie rolę Dżepetta, podczas gdy nadający robotom emocje dr Eldon Tyrell był swoistym połączeniem szalonego naukowca z wróżką. Role te uległy scaleniu w Edwardzie nożycorękim i A. I. Sztucznej inteligencji. Przy czym film Burtona zachował klimat gotyckiej powieści, gdzie twórca ma w sobie coś z dr Frankensteina, podczas gdy A. I. pozostał w konwencji bajki science-fiction. We wszystkich trzech filmach mamy jednak do czynienia z krainami, w których nie ma co liczyć na cudowną ingerencję i magiczne moce wróżki. A co z człowieczeństwem? No właśnie, w tym tkwi sedno problemu. Można powiedzieć, że miarą człowieczeństwa staje się owych filmach to, jak ludzie traktują to, co uważają za „nieludzkie”.

W podobnej relacji z tym tematem zdaje się być „Pinokio” Winshlussa, komiks wydany przez Kulturę Gniewu w 2010 roku. Również tutaj pojawia się konflikt na linii ludzkie – nieludzkie. Opozycja ta nie jest jednak w owym komiksie wyjątkiem. Wyraźnie dostrzec w nim można przeciwstawność słodkiej bajkowości i mroku powieści gotyckiej, estetyzacji oraz obsceniczności, emocjonalnego dramatyzmu i totalnej apatii. A cała historia zaczyna się od sceny, w której pewien człowiek zatruwa naturalne środowisko ryb toksycznymi ściekami. Bezpośrednie konsekwencje tego czynu widoczne są, co prawda, dużo później, niemniej jego wpływ na ogólny przebieg opowieści – jej wygląd i charakter – wydaje się być cały czas podskórnie wyczuwalny.

Porzucona na dnie oceanu toksyna przeżera bowiem powoli, kropla po kropli, obraz Pinokia jako pozytywnej postaci z literatury dziecięcej. Zatruwa jego słodycz i sprawia, że lęgnie się w niej wszelkiej maści robactwo. Innymi słowy, beczka ze ściekami otrzymuje u Winshlussa rolę podobną do tej, którą w Blue velvet Lyncha odegrało ucho znalezione w trawie przez głównego bohatera filmu. Jest zagadką, dysonansem poznawczym – bodźcem, który nakazuje już na starcie zapytać: zaraz, zaraz, czy aby na pewno jest to historia Pinokia? Czy nie od takich toksycznych katastrof i wypadków zwykły zaczynać się historie potworów, mutantów, bądź superbohaterów?

Nocną scenę z beczką Winshluss kontrastuje z jasnym, słonecznym obrazem przedmieść, gdzie wynalazca Dżepetto właśnie kończy swoje opus magnum – małego robota o chłopięcej posturze i długim nosie. Jego Pinokio wygląda niepozornie, w rzeczywistości jednak stworzony został z myślą o celach militarnych. Nie ma więc co się łudzić, że powstał z potrzeby serca – tęsknoty za namiastką bliskości, towarzystwa. Jego twórca jest cyniczny, zdeterminowany i nastawiony na zysk, dlatego za wszelką cenę pragnie chronić swoją inwestycję. Pod nieobecność Dżepetta, pewien mały karaluch znacząco wpływa jednak na losy Pinokia. Robot zamiera wskutek spięcia w kablach i po tej, swoistej elektrycznej „śmierci”, wraca do „życia” już całkiem odmieniony. Można w zasadzie powiedzieć, że staje się czymś na wzór mechanicznego zombie. Jakkolwiek absurdalnie to zabrzmi, Pinokio jest jeszcze bardziej martwy niż wtedy, gdy poprawnie funkcjonował (wówczas był po prostu czymś sztucznym, nie ożywionym, lecz uruchomionym). Jego „mózg” – zarówno w warstwie hardware, jak i software – nie działa. To, co w nim zamiera, zastępuje natomiast pasożytujący w jego wnętrze karaluch. Pinokio nareszcie ma zatem w środku coś żywego, co odczuwa emocje i popędy. Innymi słowy, zyskuje on wnętrze; jakiś głos, który echem odbijał się będzie po jego baszanej głowie i klatce piersiowej.

Najwyraźniej ów wewnętrzny głos nakazuje Pinokiowi by oddalił się z domu, gdyż ten wyrusza nagle w podróż bez celu. Nie poszukuje on ani niebieskowłosej wróżki, ani – niczym Blaszany Drwal – Czarnoksiężnika z Krainy Oz, który mógłby obiecać mu prawdziwe serce, bądź człowieczeństwo. A obraz świata, jaki czeka na niego poza przedmieściami, nic a nic nie przypomina szerokiej żółtej drogi z powieści L. Franka Bauma. Co prawda, zdarzają się w nim momenty bajkowe – majaczące w barwach przedawkowanego Technicoloru – niemniej zdecydowanie przeważa tam atmosfera mroku, brudu, nędzy i okrucieństwa, która budzi skojarzenia z literaturą dziewiętnastowieczną (oraz klimatem „Metropolis” F. Langa). Pod tym względem komiks jest więc zbieżny z oryginałem, u Collodiego bowiem dużo jest mowy o biedzie, bestialstwie i niesprawiedliwości.

Jednak Winshluss idzie w swojej interpretacji dalej. Jego opowieść jest niemalże bez przerwy w fazie kontrastu. Natomiast dysonanse, jakie tworzy wskazują na właściwości wewnętrzne przedstawianych zjawisk. W baśniowym świecie dzieją się straszne rzeczy, ponieważ wynikają z jego własnych mechanizmów. W klaunie tkwi morderczy tyran, w dziecku – potwór, w fabryce zabawek – wyzysk i niewolnictwo, w zabawce – maszyna zniszczenia, a w słodyczy cukierka lęgnie się robactwo. Podążając tym tropem, należałoby stwierdzić, że człowiek karmi w sobie nie nadzieję, a małego karalucha, który na ironię, jest w jego wnętrzu najbardziej ludzkim elementem. Martwy, metalowy i robaczywy Pinokio paradoksalnie zbliża się więc do obrazu człowieczeństwa. W swoim komiksie Winshluss daje ludziom takiego chłopca, na jakiego zasługują. Nawet gdy Pinokio opuszcza świat apatii, emocjonalnego odrętwienia i trafia w końcu do prawdziwej – zdolnej do otoczenia go uczuciem i opieką – rodziny, nie można mówić o happy endzie. Nie pozwala na to obraz robota leżącego w drobnym, dziecięcym łóżeczku z niepokojąco otwartymi, opalizującymi w ciemności oczami. Ten widok przypomina o tym, że to, co nieludzkie nie zniknęło, a nadal tkwi w samym sercu człowieczeństwa. To obraz martwego, nieożywionego przedmiotu, ale równie dobrze mógłby przedstawiać cierpiącego na bezsenność, lub, co gorsze, nieżyjącego już człowieka.

Komiks francuskiego rysownika odebrać można jako dialektyczny i eklektyczny zarazem. Autor nawiązał w nim do wielu tekstów, przywołał liczne obrazy i wizerunki znane z szeroko pojętej kultury. Warstwa rysunkowa pełni u niego tę samą rolę i przyjmuje podobne właściwości, co fabularna. Jego nawiązania mają charakter tak wizualny, jak i tekstowy, sięga on bowiem do medium filmowego/animowanego, ilustrowanej literatury dziecięcej i komiksu, dlatego można tu mówić o pewnej nierozerwalności. Stąd też wszystkie jego zabiegi wydają mieć całkowite uzasadnienie. Trudno byłoby wyobrazić sobie komiks wchodzący w dialog z Disnejowską bajką i tijuańską biblią, bez odwoływania się do ich warstwy wizualnej (chociaż mogłoby to być interesujące). Również obraz jest tu płaszczyzną dialektyki, refleksji nad treścią. To głównie w nim uwypuklona zostaje obsceniczność bajki oraz bajkowość tijuańskiej biblii, gotycki mrok literatury dla dzieci oraz dziecięca irracjonalność gotyku, estetyzacja życia codziennego i bolesny realizm (estetycznej) fikcji.

Warstwa wizualna jest w „Pinokiu” Winshlussa pod wieloma względami pornograficzna. Operuje nieprzyzwoitością i nadmiarem, ale także wykorzystuje pewną dwukodowość obrazów/wizerunków w kulturze. Sprawiając, że płyną pod prąd swoich oryginalnych, właściwych znaczeń, wskazuje na ich niedostrzegane wcześniej oblicza. Szuka analogii pomiędzy pozornie odległymi wizjami (np. między Metropolis a Pinokiem). W swojej obfitości warstwa ta przypomina barok, który jednocześnie potrafił być eklektyczny, teatralny i ciężki. Ma w sobie też, podobnie zresztą jak sztuka barokowa, pewną dozę manieryzmu, który nawet w zabawnych obrazach Arcimbolda przemycał swego rodzaju przestrogę – memento mori (przypomnienie o śmierci). Bo jak inaczej odczytać portret ludzki zbudowany z martwej natury? Czy nie ma on tej samej wymowy, co tatuażowe zestawienie krwistoczerwonej róży z czaszką, bądź  umieszczenie zepsutego i robaczywego (!) robota w miejscu (łóżku) zmarłego dziecka?


Więcej informacji na stronie wydawcy.
Inny, ciekawy i mniej bełkotliwy tekst o "Pinokiu" znajdziecie np. tu.

niedziela, 8 stycznia 2012

::: Kto zabił czas teraźniejszy? :::


Czas to temat rzeka. Czy można jednak założyć, że w myśl filozofii Heraklita, nie da się do niego wejść dwa razy? Z pewnością tak. Zarówno czas, jak i rzeka płyną i mimo że – ujęci w kategoriach tematu – pozwalają poruszać się po swojej powierzchni lub w swoich głębinach dowolną ilość razy, to z każdą sekundą, słowem, obrazem, bodźcem obydwoje są jednak trochę inni. Owo ujęcie, uchwycenie przypomina bowiem fotografię, która nie zatrzymuje chwili teraźniejszej, lecz jest obrazem przeszłości. W dodatku takim, który zmienia się wraz z upływem każdej kolejnej minuty, godziny, doby.

Taka, powtórna wyprawa w czasie jest niemożliwa, niewykonalna ponieważ zakłada swoisty powrót, podążanie śladami, których już nie ma. Idealnie nadaje się zatem na przedmiot rozważań literatury iberoamerykańskiej (narzuca się tu skojarzenie z Podróżą do źródeł czasu Carpentiera, której oryginalny tytuł przywołuje właśnie wizję zaginionych śladów), surrealistycznej, baśniowej, a nawet science fiction. Przypomina ona pogoń za wiecznie spóźnionym białym królikiem, lub życie w krainie czarów, które Alicja Lewisa Carrolla opisała słowami: „[bo] tu, jak widzisz, trzeba biec tak szybko, jak się potrafi, żeby zostać w tym samym miejscu”.

Nie bez powodu cytat ten znalazł się w Płynnym życiu Baumana. Doskonale wpisuje się on w rozważania ów filozofa dotyczące właściwości czasu, który wraz z marketingowo, kulturowo i cywilizacyjnie wygenerowanym imperatywem kategorycznym postępu, wydaje się dziś jakby przyśpieszony. Sprawia to, że – zupełnie jak to ma miejsce u Carrolla, po drugiej stronie lustra – nieraz biegniemy ile sił w nogach, pozostając ciągle w tym samym miejscu. Nie chodzi tu bynajmniej o ćwiczenia na elektronicznej bieżni. Owo „w tym samym miejscu” oznacza pozostawanie „w tyle” – za uciekającym celem, czymkolwiek by on nie był: królikiem, szczęściem, czy linią horyzontu. Skojarzenie z bieżnią jest tu o tyle trafne, że wykonywane na niej ćwiczenia wydają się równie bezsensowne i bezcelowe, co pogoń za upływającą chwilą.

Parafrazując pewną powszechnie znaną myśl, można by rzec, że czas jest wodą, która przecieka nam przez palce, kiedy myślimy o tym, co zjemy po umyciu rąk. Jest tym, co upływa, kiedy oddajemy się marzeniom o niezakupionych przedmiotach, nieprzeczytanych książkach, nienarysowanych ilustracjach i nienapisanych scenariuszach. Świadomość takiego stanu rzeczy jest przytłaczająca. Może istnieje jednak na to jakiś ratunek?

Taką nadzieję z pewnością żywi Adam Ostatko, bohater komiksu Czasem Grzegorza Janusza oraz Marcina Podolca. W swoim nowym domu odkrywa on bowiem tajemnicze pomieszczenie – zwane dalej kanciapą – które wywraca jego poczucie czasu do góry nogami. Przebywający w nim człowiek zdaje się być niemalże wyjęty spod praw rządzących czasoprzestrzenią poza nim, na zewnątrz. Przypomina to efekt Dopplera, który bohaterowi opowiadania Cortázara pt. Pościg pozwalał poruszać się wraz z dźwiękami, z ich prędkością, w czasie trwania muzyki. Podobne, niesamowite zjawisko zdaje się być również udziałem Ostatki. Dzięki kanciapie wierzy on, że w końcu uda mu się ruszyć ze swoimi wiecznie odkładanymi lekturami oraz pisarskimi ambicjami, zanurzyć się w diachronii literatury i przeskoczyć od razu do jutra, podczas gdy inni będą się wciąż jeszcze wlec w smole dnia dzisiejszego. Jest pełen zapału i energii. Wreszcie ze wszystkim zdąży, będzie miał bowiem czas na wszystko. Żaden głupi biały królik mu nie ucieknie, kiedy on swoimi, jak dotąd żółwimi nogami, w końcu potrafił będzie wybiegać w przyszłość.

Perspektywa nieograniczonego czasu budzi jednak rozleniwienie. Pokusa możliwości odroczenia, przełożenia planów na bliżej nieokreślone „jutro” wpędza zapał Ostatki w stan głębokiej hibernacji. Adam coraz rzadziej opuszcza kanciapę, coraz bardziej zaniedbuje swoją żonę, obowiązki domowe oraz zawodowe. Świat zobowiązań przemawia do niego obcym językiem kalendarza i tykającego zegara, on natomiast woli ciszę i spokój. Zamiast słodkich emocji z reklam wafelków Prince Polo, pochłania go mętny smak papierosów popijanych alkoholem – gorzkimi żalami z dna butelki.

W końcu zaczyna on funkcjonować w swoim własnym życiu w sposób niemalże widmowy. Przemierza pomieszczenia swojego domu, zostawiając w nich drobne, znikome wręcz, ślady obecności. Jego egzystencji brakuje jednak pełni uczestnictwa – komunikacji, ambicji, pragnień, konkretnych działań. Innymi słowy, Ostatko zszedł z elektronicznej bieżni – która uprzednio nadawała rytm jego życiu – uznając jej nonsens oraz bezcelowość. W związku z tym można by dojść do wniosku, że efekt zwolnionego tempa w świecie znajdującym się poza kanciapą był dla bohatera Czasem mylny. To nie czas spowolnił, lecz Ostatko przestał postrzegać go w sposób ambicjonalny, przez pryzmat planów – zrezygnował z pogoni za nim, skupiając się na zaspokajaniu potrzeb z podstawy piramidy Maslowa.

Taki obrót zdarzeń wskazuje na ciekawą relację pomiędzy dwoma, odmiennymi zjawiskami. Z jednej strony mamy szybkie tempo życia, które wymusza na ludziach swoistą powierzchowność, próżność, bezcelowość, z drugiej - pustelniczą, rozleniwioną egzystencję człowieka, którego już żaden budzik, kalendarz, czy terminarz nie motywuje. Nie chodzi tu jedynie o to, że Adam Ostatko jest niczym zepsuty, niezsynchronizowany z resztą świata, zegarek, ale o zatraconą przez niego umiejętność współodczuwania. O to, że w pewnym sensie przestaje on funkcjonować jako homo empaticus. Wbrew twierdzeniu Johna Donne'a, iż żaden człowiek nie jest wyspą, samą w sobie niezależną i samowystarczalną („No man is an island, entire of itself [...]”), Ostatko zdaje się przypominać mieszkańca właśnie takiego, w dodatku, paradoksalnie bezludnego terytorium.

Puenta komiksu jest jednocześnie zabawna i przerażająca. Podobnie jak całość scenariusza, łączy ona w sobie pewną lekkość, łatwość w operowaniu tematem, we wchodzeniu w interakcję z innymi tekstami kultury oraz element powagi wskazujący czytelnikowi cechy, które czasem w sobie dostrzega, a innym razem wolałby zignorować. Przypomina również o tym, że problem czasu to nie tylko kwestia punktualności, sprawnego zegarka, zmian, stref czasowych i planów na przyszłość. To również pytanie o to, w jakich okolicznościach giną chwile obecne – jak zabijamy czas teraźniejszy.

Więcej o Czasem znaleźć można na stronie wydawcy.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...