Komiks (27) Literatura (10) Sztuka (10) Ameryka (9) Film (9) Prasa (5) Seriale (3) Ilustracja (2) Reklama (2) Ziny (1)

piątek, 21 grudnia 2012

::Wielki atlas, luźne związki i drobne aberracje::

W ostatnim numerze "Zeszytów Komiksowych", tym poświęconym twórczości Śledzia, ukazała się moja recenzja Wielkiego atlasu ciot polskich. Jeśli nie mieliście okazji tego tekstu przeczytać, a jesteście ciekawi mojej opinii na temat wspomnianego albumu, to zapraszam do lektury.


Okładka kokietuje nieco staromodnym wąsikiem, a zawartość uderza różnorodnością, dystansem i świeżością. Wydany nakładem Ha!artu Wielki Atlas Ciot Polskich to nie odgrzewany kotlet z Lubiewa, ale ciekawe połączenie dwóch tematów, które w Polsce niezmiernie rzadko idą w parze. Spotkanie komiksu i homoseksualizmu – bo o nim tu mowa – to dobry pretekst, by pomówić o kulturowych niszach oraz inności, nie tylko seksualnej.

Koncepcja graficznej adaptacji powieści Michała Witkowskiego może wydawać się prosta. Pomysłodawcy tego albumu dalecy byli jednak od oczywistego podejścia do tematu, które nakazałoby im zgromadzić bohaterów książki, usystematyzować i przedstawić ich losy w sposób boleśnie wierny oryginalnej opowieści i pozostawiający niewiele miejsca dla wyobraźni. Zamiast zaserwować czytelnikom wielki atlas ciot, wprost, bez ogródek, potraktowali Lubiewo jako impuls do stworzenia czegoś więcej tj. rozległej – choć niewyczerpującej – topografii komiksu i okolic.

Oprócz przegiętych bohaterów z kart powieści, w antologii zebrano grono artystów wywodzących się z różnych zakątków kultury wizualnej. Dzięki temu otrzymano dwadzieścia osiem różnych spojrzeń na „ciotowski Dekameron” Witkowskiego oraz tyle samo mniej lub bardziej komiksowych dialektów twórczych. To właśnie na płaszczyźnie wizualnej czytelnik doświadczyć może „atlasowego” bogactwa, różnorodności oraz komiksowej inności albumu. W końcu do pracy nad nim zaproszeni zostali autorzy niekoniecznie traktujący medium komiksowe w sposób wiążący, przestrzegający określonych rygorów tworzenia. Co więcej, w Wielkim Atlasie... można odnaleźć prace zarówno rysowników doskonale poruszających się w rzeczywistości komiksu i trzymających się jego bardziej tradycyjnych form, jak i autorów, którzy mimo komiksowej biegłości pozwolili sobie na drobne aberracje, odstępstwa na rzecz form bliższych dizajnowi czy ilustracji niż klasycznym opowieściom w obrazkach.

Jak taka mieszanka wpływa na płynność lektury? Cóż, nie odbywa się ona ani gładko, ani linearnie. W momencie, gdy czytelnik przyzwyczaja się do rytmu opowiadania jednego artysty, zostaje z niego wytrącony przez kolejnego. Taki urok antologii, ale to nie wszystko, bo przy Wielkim Atlasie... ta sytuacja zostaje dodatkowo skomplikowana. Wielu współtworzących go artystów dąży do uniezwyklenia lektury, zmieniając jej kierunek oraz trajektorie; poszukując graficznej formy w tekście oraz skłaniając odbiorcę do lektury obrazów. Ponadto część z nich sprawiła, że opowieść wizualna płynie nieco innym torem – równoległym, a nieraz nawet przeciwnym – wobec tekstowej.

Wierność w stosunku do literackiego pierwowzoru bywa przez poszczególnych twórców różnie definiowana. Czasem ustępuje ona luźnym, niezobowiązującym związkom. Otwierająca antologię Aligatorzyca autorstwa Olgi Wróbel jest opowiedziana wiernie, w sposób klasyczny i bez przegięcia – ani graficznego, ani „ciotowskiego”. Również opierająca się na silnym kontraście Aptekara zachowuje swój charakter u Daniela Chmielewskiego, który zrezygnował z linearnego układu opowieści, by podkreślić relacje między postacią a jej tłem, otoczeniem. Po niej w albumie następuje Dianka, historia młodego, bezdomnego geja. W pierwszej odsłonie opowiedziana zdawkowo na afiszach, w manierze plakatowej, w drugiej, w opowieści Agaty Wawryniuk, pojawia się w formie cyfrowego melanżu foto-graficznego, zimnego, szarego i obojętnego. Autorki obu wersji stworzyły dość swobodne interpretacje książkowej historii.

Opowieści o takich postaciach, jak Łucja Kąpielowa to z kolei przesyt barw cukierkowych. W połączeniu z kreską Daniela Gutowskiego skutkują one wewnętrzną sprzecznością pomiędzy warstwą wizualną a poruszaną – smutną w gruncie rzeczy – tematyką. Dysonans jak najbardziej na miejscu, jeśli wziąć pod uwagę charakter i ton pierwowzoru. Słodka jest też plażowa opowiastka Ady Buchholz i różowa Paula Ewy Juszczuk. Nie ma w nich jednak takiego przegięcia, jakiego doświadczyć można w historii Macieja Pałki i Karola Konwerskiego, którzy postawili na formę plotkarską, wręcz pudelkową .


Najciekawszą grę z oryginalną opowieścią, otwiera Balbina Bruszewska, operująca przegięciem i estetyką kampową we Fredce. Autorka nie szczędzi Lubiewu zabawnych komentarzy, które swobodnie wtrąca na planszach pokrytych ilustracjami oraz fotografiami z innej czasoprzestrzeni. Co więcej, w zasadzie to jedna z niewielu prac, w których pojawia się stylizacja na epokę, staromodna estetyka, jakiej bohaterowie powieści doświadczali jedynie w formie urojeń, wyobrażeń budowanych na przekór przaśnym realiom PRL-u. Do estetycznych fantazji peerelowskich ciot nawiązuje też co prawda Janek Koza, ale u niego chodzi o blichtr z gatunku telewizyjnych, a zatem o tęsknotę za pięknem nowym, zachodnim. Inaczej do tego samego tematu podszedł Maciej Sieńczyk, sprawiając że zgniły tapczanowo-zasłonowy koloryt otaczającej rzeczywistości zdominował, a nawet wyparł, wszelką egzotykę z marzeń bohaterów.

A pozostałe części Atlasu? Fragmenty zatytułowane Piersi, Przemiany, Gizela i Grupa z Poznania zwracają uwagę zerowym poziomem emocji. Pierwsza z powyższych opowieści jest dokonanym z lingwistyczną obojętnością przekładem tekstu na język graficzny. Podobnie wygląda to w Przemianach Agnieszki Piksy, chociaż u tej autorki pojawiają się interesujące, metamorficzne kształty zawieszone gdzieś pomiędzy rysunkiem, znakiem a komiksowym kadrem. Gizela w wydaniu Kuby Woynarowskiego to historia cioty uprzedmiotowionej. Narracja tekstualna spotyka się w niej ze schematem budowy magnetofonu (jego graficznym opisem), a napięcie literackie z elektrycznym. Schematyczny motyw ciekawie prezentuje się też w pracy Jacka Stefanowicza, w której opowiada on o grupie nowomodnych gejów jako o papierowych modelach – do wycięcia i sklejenia.


W postawie poszczególnych artystów wobec Lubiewa interesujące jest dodatkowo to, w jaki sposób odwoływali się oni do tematyki i estetyki homoseksualnej. W wielu historiach pojawia się znacząca paleta barw, w innych dominuje jedna – różowa. Tu i ówdzie zarysowuje się nieśmiały ornament, przegięty gest czy mina. We wspomnianej już wcześniej Fredce widać śmielszą grę kampem . Dobrze wypada pod tym względem praca Michała Rzecznika, który sięgnął do alegorii zwierzęcych i estetyki amerykańskiego podziemia, a także Mikołaja Tkacza, który z kolei wybrał ostre, odrealniające kolory, sugerując, że opowiada historię nie z tego świata. Polski ludowy akcent nadał tematowi Sławomir Shuty, który podsumował gejowską tematykę quasi-świętym oburzeniem, wziętym we właściwy sobie cudzysłów. W komiksie Krzysztofa Ostrowskiego pojawia się natomiast trafne zestawienie policyjnego munduru i ciotowskiego kostiumu. Czy można doszukiwać się w tym nawiązań do komiksowych wizerunków gejów stworzonych kilkadziesiąt lat temu m.in. przez Toma z Finlandii? Wydaje się, że twórcy Wielkigo Atlasu nie dążyli usilnie do dialogu ze stereotypowymi obrazami tego rodzaju.

Kwestie charakterystyczne dla komunistycznego pokolenia ciot – plagi, ekscesy, przerysowanie – autorzy w większości, podobnie jak Witkowski, pozostawili wyobraźni czytelników. W końcu te wszystkie epokowe kostiumy i wizje seksualności, których chwytali się bohaterowie Lubiewa, w binarnym świecie Rzeczpospolitej Ludowej nie ulegały materializacji. Z drugiej strony, warto zwrócić uwagę na to, że codzienność owych bohaterów uderzała charakterystycznym zapaszkiem polskich realiów i nie brakowało w niej przemocy, a i tych elementów rysownicy nie ukazywali szczegółowo, pod graficzną lupą, pozwalając by oddziaływały przede wszystkim poprzez warstwę tekstualną.

W Wielkim Atlasie Ciot Polskich powieść Witkowskiego przełożona została na język nie peerelowskiego, a bardziej współczesnego komiksu, często nie dającego się ująć w jakiekolwiek normy. Mimo to jej przywiązani do mroków PRL-u bohaterowie, którzy trzeciej RP nigdy nie wpuścili do domu, nie zostali poddani transformacji w papierowe modele typu „kopiuj/sklej” i zachowali zdolność pobudzania wyobraźni. Luźne związki z oryginałem, jakie można dostrzec w antologii, nie są jednak płytkie i raczej pozytywnie wpływają na lekturę. Bo – zmieniając nieco wypowiedź jednej z książkowych postaci – z wiernością, bliskością i przytłaczającą dosłownością, to ja nie chcę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...