Komiks (27) Literatura (10) Sztuka (10) Ameryka (9) Film (9) Prasa (5) Seriale (3) Ilustracja (2) Reklama (2) Ziny (1)

niedziela, 3 listopada 2013

566 kadrów z życia

Ograniczona kolorystyka, uproszczone i świetne w swej koślawości rysunki, przemyślane kompozycje oraz mnóstwo wątków nierządzących się prawami chronologii. To pierwsze elementy, jakie rzucają się w oczy podczas lektury 566 kadrów Dennisa Wojdy.

Początkowo pomyślany jako projekt internetowy, mający trwać przez rok i mieścić się na 366 kadrach, teraz trafia w ręce czytelników w formie papierowej, jako całość domknięta pomiędzy grzbietem, przednią a tylną częścią okładki i rozmieszczona na 566 kadrach, po dwa na stronę.

Przez około półtora roku Dennis Wojda niemal codziennie publikował na swoim blogu jeden kadr komiksu, w którym opowiadał historię inspirowaną rodzinnymi anegdotami. Miał to być eksperyment – 1 komiks w 1 rok, 366 kadrów na 366 dni (tyle co w roku przestępnym). W blogosferze, gdzie pierwotnie dzień po dniu ukazywał się komiks, autor napisał, że pragnął, aby jego projekt przypominał strumień świadomości, tyle że w zwolnionym tempie. I rzeczywiście konstrukcja 566 kadrów budzi skojarzenia z językiem mówionym, płynącym w swobodnym tempie ustnym opowiadaniem, a wreszcie z anegdotami. Ma w sobie też dużo lekkości.

Chociaż autor komiksu nie stronił od wątków trudnych, zahaczających o wielką historię, to nie zamierzał – jak mniemam – dogłębnie rozprawiać się z własną przeszłością, dziejami swojej rodziny, czy też ojczystego kraju. W przeszło pięciuset przeważnie jedno- lub dwuplanowych kadrach Wojda swobodnymi, koślawymi liniami nakreśla różne momenty z życia swojej rodziny – życia, które jego bliscy dzielili ze sobą, a jednocześnie przeżywali je w sposób jednostkowy. Przywołuje momenty ważne, przełomowe, ale też te zwyczajne, których urok tkwi w prostocie. A wszystkie z nich zdają się w jakiś sposób prowadzić do dnia narodzin autora. 566 odcieni rodzinnej, szarej codzienności... niektóre z nich lekko ubarwione.
W swoim albumie Wojda znalazł miejsce dla odrobiny muzyki, a nawet udało mu się wpleść w opowiadaną historię kilka wątków związanych ze znanymi artystami. Nie ma jednak wątpliwości, że pierwsze skrzypce grają w komiksie rodzina, jej opowieść, a także silne więzy, które daje się odczuć między bohaterami nawet mimo ich częstej rozłąki. To one – oprócz kompozycyjnej klamry w postaci narodzin małego Dennisa – stanowią główne spoiwo dla zebranych w komiksie wątków.

A skoro już o klamrach mowa, to warto się przyjrzeć tej zastosowanej przez Wojdę. Przyjście na świat nowego człowieka jest w 566 kadrach przedstawione zarówno jako punkt wyjścia – początek historii, ale jednocześnie rezultat tego, co (w jego rodzinie) zdarzyło się przedtem. Inaczej rzecz ujmując: jest początkiem i nim nie jest. Autor, zgodnie z mottem otwierającym album, ani chronologii ani początków i zakończeń nie traktuje bowiem wiążąco. Historia ma dla niego charakter płynny, wszystko co nowe jest nośnikiem „starego”, a „stare” zapowiedzią nowego.

O to właśnie zdaje się chodzić w projekcie 566 kadrów, który w każdym nowym odcinku (kadrze) niósł ze sobą część tego, co było wcześniej i tego, co nadejdzie. W tym tkwi jego największa siła. W przypadku wydania papierowego czytelnik nie jest w stanie w pełni doświadczyć 566 kadrów w tej odcinkowej formie. W jego ręce trafia już pewna całość, którą czyta się, płynnie prześlizgując się z kadru na kadr, bez długiego oczekiwania na następny. W odróżnieniu od internautów, którzy kiedyś na bieżąco mogli śledzić rozwój opowieści w blogosferze, czytelnik papierowej wersji nie doświadcza tego, jak ów projekt rozwijał się w czasie. Jak z pojedynczych kadrów z dnia na dzień powstawała spójna opowieść.

Trudno wyobrazić sobie jednak inny/lepszy finał takiego przedsięwzięcia. W końcu Wojda przez cały czas powstawania komiksu splatał ze sobą rodzinne anegdoty, dążąc do tego, by z tych osobnych historyjek i pojedynczych (tylko z pozoru odrębnych) kadrów stworzyć jedną opowieść. Album 566 kadrów jest dowodem, że udało mu się to zrobić i to na tyle sprawnie, że historia nie wydaje się nazbyt grubymi nićmi szyta, a kadry połączone zostały w plansze w sposób niemalże „bezszwowy”. Co więcej, komiks jest estetycznie wydany, każda strona ładnie zakomponowana i całość ucieszy zapewne niejedną parę bibliofilskich rąk oraz oczu.


*Recenzja pierwotnie ukazała się w 16. numerze "Zeszytów Komiksowych".
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...